|
Cały czas zastanawia nas krótkowzroczność ludzi, którzy wszędobylską inwigilację i rozszerzaną kontrolę rządów nad obywatelami kwitują stwierdzeniem: "Nie ma się czego obawiać, jeśli nie ma niczego na sumieniu".
Być może kiedyś zdanie to rzeczywiście było prawdziwe i ludzie o nieskazitelnym prowadzeniu się nie mieli się czego obawiać. Dziś jednak nie ma czegoś takiego jak czyste sumienie. Nie w biurokracji.
Przedstawiami kolejną garść dowodów wskazujących na to, iż bezpieczeństwo i nietykalność prawna należą do przeszłości, czyli kolejny wpis traktujący o idiotyzmach biurokratycznej współczesności.
Zaczniemy jednak od Polski, gdzie wrocławska Wyborcza opisała przykład indoktrynowania dzieci w zupełnie nieoczekiwany (przynajmniej dla nas) sposób.
Oczywiście w publikacji nie pada ani razu termin "indoktrynacja", jednak z naszego punktu widzenia, sprawa dotyczy korzystania z czytników odcisków palców i przyzwyczajania do nich dzieciaków, zupełnie jakby były czymś normalnym i naturalnym.
Nie, nie jesteśmy anty-technicznymi oszołomami, którzy czytniki odcisków palców uważają za manifestację zła wcielonego. Z tego co wiemy, techniki te nie zdają za dobrze egzaminu w przypadku ochrony danych, sprzętu lub mienia oraz są zawodne w identyfikacji osób, więc jeśli ktoś chce je wykorzystywać do takich celów, to jego problem. Jesteśmy jednak całkowicie przeciwni stosowaniu tej technologii w życiu codziennym do identyfikacji niewinnych ludzi z całkowicie prozaicznych powodów, takich jak np. sprawdzanie listy obecności... nie zgadną Państwo... kandydatów do bierzmowania!
Na pomysł instalacji czytników linii papilarnych wpadł miejscowy ksiądz. Cytując Gazetę Wyborczą: "System od początku roku obowiązuje w parafii św. Jadwigi. W zakrystii kościoła zamontowano czytnik, do którego gimnazjaliści przykładają palce przed i po mszy. To pomysł wikariusza ks. Grzegorza Sowy. Tłumaczył nam, że to pomysł dobry, bo bezpieczny i nie łamie prawa..."
Po oglądaniu retransmisji z obrad sejmowych wiemy, że głupota nie przestrzega przynależności partyjnej. Po oglądaniu wiadomości ze świata, wiemy że nie przestrzega różnic rasowych. Dlaczego więc miałaby przestrzegać granic wyznaniowych? Dlatego nie mamy żadnych szczególnych pretensji do księdza. Nie każdy rodzi się bowiem człowiekiem, który potrafi przewidzieć najprostsze konsekwencje swoich czynów lub decyzji.
O co w ogóle chodzi?
"Młodzież, która przygotowuje się do bierzmowania, palce w czytniku ma odciskać przez trzy lata. Powinni uczestniczyć w mszach świętych w niedziele i pierwsze piątki miesiąca oraz w nabożeństwach różańcowych i roratach. Jeśli w tym czasie zaliczą 200 obecności, są zwolnione z egzaminu przed bierzmowaniem".
Niby wszystko sprawnie, szybko i nowocześnie, jednak jak wypowiadali się niektórzy rodzice dzieci z tego liceum:
"Pani Jarosława, matka drugoklasisty Grzegorza, zabroniła mu przykładać palec do czytnika. Tłumaczy: - Taka forma sprawdzania obecności mi się nie podoba. Sami prowadzimy zeszyt, gdzie wpisujemy, kiedy był na mszy, co było na kazaniu i który ksiądz odprawiał mszę.
Matkę Grzegorza oburzył też sposób wprowadzenia czytnika: - Przed wakacjami od części dzieci pobrano odciski bez naszej wiedzy. Syn wrócił do domu blady i przestraszony. Jak tak można?
Matce gimnazjalistki Kasi nie bardzo podobało się, w jaki sposób przeprowadzono głosowanie w sprawie zamontowania czytnika: - Ksiądz na zebraniu w szkole opowiedział nam o nowym systemie. Potem spytał, kto jest za, a kto przeciw. To było kłopotliwe, bo trudno się w takiej sytuacji wyłamać. Jak większość podniosłam więc rękę za czytnikiem, bo nie chciałam się wyróżniać. Ale pomysł też mi się nie podoba. Kościół to nie posterunek policji."
Choć część rodziców zachowała jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku. Przy okazji mama Kasi opisała przykład manipulacji. Kobieta nie chciała się wychylać i przeciwstawiać decyzji grupy. Można napisać, że poddan pewnemu mechanizmowi znanemu z psychologii społecznej, uległa presji grupy. Uległa demokracji. Zapewne tej samej presji ulega przy urnie wyborczej.
Niepokojem powinno jednak napawać czytanie wypowiedzi jednej z uczestniczek tegoż "eksperymentu", Gimnazjalistki z Gryfowa:
"- Jest wygodniej. Nie musimy już stać w kolejce do księdza, żeby dał nam podpis w książeczce do bierzmowania. I nie będzie oszukiwania - tłumaczy Karolina z drugiej klasy gryfowskiego gimnazjum. - Cały ten hałas o odciski jest bez sensu, bo przecież robimy to dobrowolnie."
O sprawie napisaliśmy z dwóch względów. Po pierwsze, aby pokazać typowy wytwór hodowli obywateli, którzy w niedalekiej przyszłości przyjmą wszystko, cokolwiek jakaś "władza" czy inny wątpliwy "autorytet" podsunie im pod nos. Chodzi oczywiście o gimnazjalistkę Karolinę. W przyszłości zapewne zgodzi się na wszystko, byle tylko wydawało jej się, że jest wygodniej i "sprawiedliwiej społecznie". Ciekawe ile czasu dziennie spędzała i spędza przed telewizorem?
Drugi powód jest jednak ważniejszy i dotyczy wypowiedzi urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich:
"- Przechowywanie takich informacji to duża odpowiedzialność, która wiąże się z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa danych. - mówi Mirosław Wróblewski z biura rzecznika praw obywatelskich. - Dobrowolność oddawania odcisków niczego tutaj nie zmienia. Ksiądz jest nauczycielem religii w szkole, dlatego zobowiązany jest do przestrzegania przepisów o ochronie danych osobowych. Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji. Takiej zaś ustawowej podstawy prawnej do zbierania informacji o każdej osobie przez instytucje publiczne i osoby w nich zatrudnione wymaga konstytucja."
Czytelnicy zauważą, że przecież rzecznik powiedział, iż to nielegalne, więc wszystko chyba dobrze się skończyło.
Naszym zdaniem nie, a przynajmniej nie do końca. Warto bowiem zwrócić uwagę na zdanie:"Nie istnieje podstawa prawna do pobierania odcisków linii papilarnych od uczniów w takiej sytuacji."
Oznacza to, że gdyby taka podstawa prawna została stworzona lub dotyczyła innej sytuacji, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.
Czy pamiętają Państwo kto tworzy owe podstawy prawne? Wiemy, że dziś może to przyprawić o ból głowy, gdy ktoś uczył się o trójpodziale władzy i innych, zapomnianych już błahostkach. Dziś podstawy prawne tworzą m.in. jakże dyspozycyjny i czcigodni posłowie, ministrowie spotykający się na cmentarzach oraz inne indywidua ciągnące w cieniu gabinetów za sznurki, sznureczki i teczki. Owe sznurki to motywatory i demotywatory dla podstawionych mężyków stanu, którzy odpowiednio pokierowani przez oligarchów krajowych lub zagranicznych, skłonni są zmienić zdanie o 180 stopni, a nawet zrezygnować z najwyższych stanowisk państwowych, także tych do objęcia których przygotowywali się medialne od kilku lat.
Rzecznik cytowany przez Gazetę Wyborczą zdradził w cytowanym powyżej zdaniu, że pobieranie odcisków zależy tylko i wyłącznie od widzimisię urzędnika. Mało tego. Nawet jeśli grupa obywateli, sama dla siebie i za własna zgodą, zdecydowałaby się na korzystanie z dobrodziejstw techniki skanowania odcisków, to dopóki urzędnik państwowy nie wyda na to zgody, będzie to działanie niezgodne z prawem.
Takie podejście do materii stwarza nieograniczone możliwości do pojawienia się bzdur, o których się filozofom nie śniło, a przynajmniej nie tym, którzy nie zajmowali się filozoficznym usprawiedliwianiem kradzieży popularnie zwanej socjalizmem.
Nam nie podoba się oczywiście, że jakiś urzędnik decyduje, kiedy pobieranie od nas odcisków palców jest dobre, a kiedy nie jest dobre. Oznacza to bowiem, że w każdej chwili Państwo może potraktować całe grupy społeczne jak przestępców i stanie się tak tylko dlatego, że Grzecho, Miro i Rychu, przy cmentarnej krypcie, uzgodnią sobie coś na ten temat.
Kolejna historia, którą dziś chcemy Państwu przybliżyć, opisana została przez Daily Mail i traktuje o "życiu domowym", o które wypytuje się w Wielkiej Brytanii nawet pięcioletnie dzieci.
Tak, dzieci nawet w wieku lat pięciu proszone są o wypełnianie specjalnych ankiet, w których pytane są o intymne szczegóły życia w ich domach.
Pytania, które zaatakowano jako nadużycie, dotyczą jedzenia w miejscach typu McDonald's, przyzwyczajeń oglądania telewizji, czasu spędzanego z rodziną, a nawet innych dzieci.
Wyniki tych ankiet składowane są w bazie danych. Pozwala to pracownikom opieki społecznej rozpatrywać sytuację rodziny, które uzna się za obarczone pewnym "ryzykiem".
Dzieci proszone są o zaznaczanie kolorami odpowiedzi np. na pytania dotyczące ilości spożywanych każdego dnia owoców i warzyw w stosunku do chipsów i napojów gazowanych.
Przeprowadzono setki takich "quizów" na temat stylu życia, za czym kryje się brytyjskie Ministerstw Zdrowia, a co było próbą stworzenia obrazu stanu zdrowia poszczególnych domostw.
Alex Deane, z organizacji "Big Brother Watch" (podglądanie wielkiego brata) opisał to jako "niewiarygodne wtargnięcie w sferę prywatnego życia."
Dodał, iż "to nie Państwo wychowuje dzieci, lecz rodzice. Istnieje ważna różnica między nauczanie, matkowanie i wymuszaniem, a te kroki przekraczają tę granice."
Quizy tego rodzaju pilotażowo rozpoczęto w Erewash w Derbyshire, gdzie dzieci, pod obecność rodziców, wypełniały formularze w czasie zajęć pozaszkolnych - tzw. klubach "zdrowego stylu życia". Mimo iż wypełnianie ankiet nie było obowiązkowe, to dzieci były bardzo zachęcane do ich wypełnienia.
Formularze te mają obecnie zostać rozesłane do dwustu szkół w całym kraju, co dokładnie monitorowane jest przez miejskich urzędników.
Daniella Yeo, z rady miejskiej Erewash powiedziała, iż zajęcia pozaszkolne cieszą się dużym powodzeniem, a pytania są zgodne z wytycznymi ustanowionymi przez ciało regulujące National Institute for Health and Clinical Excellence (Narodowy Instytut Zdrowia i Klinicznej Doskonałości), czyli National Health Service (Narodowy Serwis Zdrowia).
Dodała ona, iż "Pomoże to wskazać rodziny z ryzykiem otyłości. Wtedy będziemy mogli zachęcić rodziców do uczęszczania na sesje z pracownikami opieki społecznej lub lekarzem rodzinnym."
Inne z pytań dla pięciolatków dotyczą jedzenia śniadania, ilości spożytej wody i sposobu dojazdu do szkoły. Pięcioletnie dzieci pytane są także o samopoczucie: "jak bardzo się lubisz?". Są także proszone o pokolorowanie któregoś z piktogramów przedstawiających kciuk do góry lub kciuk w dół.
Siedmiolatki wypełniają ankiety bardziej szczegółowe. Pytane są ile dokładnie godzin spędzają z rodziną, oglądając telewizji czy grając w gry komputerowe.
Josie Appleton z Manifesto Club, działacz na rzecz wolności obywatelskich mówi: "Rady miejskie i szkoły powinny skoncentrować się na zapewnieniu każdemu dobrego wykształcenia. Nie powinny wtykać nosów w torebki na drugie śniadanie i powinny trzymać się z dala od tego co znajduje się na stole w czasie obiadu."
Część czytelników zapewne pomyśli, że to dobrze iż przynajmniej w Wielkiej Brytanii urzędnicy robią coś dla dobra dzieci. Będą to czytelnicy karmiący się zbyt intensywnie ideologią płynącą z portali takich jak Onet czy wirtualna Polska.
Naszym zdaniem to oczywiście totalna porażka. Urzędnik ponownie wtrąca się w ludzkie życie. Obrzydliwe jest to, że dzieci przesłuchuje się w sposób kojarzony z zabawą. Poprzez kolorowanki.
W sumie dziewczynki i chłopcy powinni od wczesnego dzieciństwa wiedzieć, że donoszenie urzędnikowi na własną rodzinę, choćby i obarczoną ryzykiem otyłości, to świetna zabawa, prawda?
Zdajemy sobie sprawę, że urzędnicy pasożytujący na społeczeństwie w czasie rządów socjalizmu zajmowali się i zajmują różnymi durnotami. Kiedyś walczyli z wrogiem narodu, przypominali o ochronie tajemnicy państwowej, noszeniu plonu tow. Bierutowi lub te z plakatów pozdrawiali kobiety pracujące dla pokoju i rozkwitu ojczyzny. Nawet w epoce głębokiego PRL nie zajmowali się jednak tym, co ludzie mają na talerzu. Być może dlatego, że w powstałym z tego socjalizmu "dobrobycie", na talerzach i tak wiele być nie mogło, no chyba, że było urzędnikiem owej ludowej władzy.
Dziś, może dlatego, że ludzie nie dają sobie wmawiać bzdur o walce z wyimaginowanym wrogiem np. świńską grypą, coraz częściej też nie wierzą w powodowane działalnością człowieka ocieplenie klimatu, które miało nas wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Nie wierzą także w inne wyssane z palca ataki terrorystyczne organizowane przez agentury poszczególnych rządów zainteresowane wywołaniem paniki w celu pozyskania szerszej władzy nad przestraszonymi masami.
Urzędnicy zaczęli się więc zajmować się wyimaginowanym problem tuszy. Coś przecież robić chcą. Obywatele jednak, zanim się obejrzą, utracą kontrolę nad kolejnymi małymi fragmentami ich życia. Tym razem będzie się ich zachęcać do spotkań z pracownikami Opieki Społecznej. Ciekawe kiedy spotkania staną się przymusowe... oczywiście dla dobra i bezpieczeństwa obywateli obarczonych ryzykiem tego czy tamtego problemu wymyślonego przez urzędników?
Kolejna dzisiejsza historia, choć zawiera wiele wątków, dobrego postępowania oraz złego postępowania, zupełnie przy okazji pokazuje kolejną bzdurę utraty kontroli nad naszym życiem. "Naszym", w znaczeniu ludzi pod rządami biurokracji.
Historia opublikowana przez Arizona Central, opisuje sytuację 47 letniej kobiety z Avondale w USA, która z powodu kłopotów finansowych (w Ameryce banki naprawdę okradły zwykłych obywateli, którym coraz trudniej o pracę i dotychczasowe zarobki), postanowiła używać paneli słonecznych i akumulatorów dla zaspokojenia własnego zapotrzebowania na prąd elektryczny.
Kobieta dzięki "trosce" urzędników spędziła 11 dni w samochodzie, ponieważ miasto wywłaszczyło jej dom.
Władze miejskie oświadczyły, że Pani Christine Stevens pogwałciła przepisy budowlane, kwestie zdrowia i bezpieczeństwa, ponieważ od domów w Avondale wymaga się, by posiadały system ogrzewania i działającą lodówkę.
"Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie" powiedział Pam Altounian, odpowiedzialny za dostosowywanie się mieszkańców do przepisów budowlanych w Avondale.
W tej historii pojawiają się motywy roszczeniowej postawy tej kobiety, niepłaconych rachunków za prąd, oskarżeń przez firmę dostarczającą prąd do jej domu o manipulacje przy liczniku, nieodpowiadanie na kolejne wezwania do urzędu itd., itp., ale kiedy się je pominie, z historii wyłania się ciekawy motyw.
Arizona Central opisuje, iż "Urzędnicy Avondale powiedzieli, że Pani Stevens pogwałciła prawo budowlane miasta. Miasto wymaga, by domy miały dostateczna ilośc prądu elektrycznego by zasilić lodówkę, schłodzić rezydencję do temperatury nie wyższej niż 31 stopni Celsjusza lub ogrzać dom do 20 stopni Celsjusza."
Stevens oznajmiła, że sześć paneli słonecznych i osiem akumulatorów zapewniało w domu światło oraz zasilało komputer lub telewizor w posesji z trzeba sypialniami. Steavens do przechowywania jedzenia używała czegoś co nazywa się "icebox" czyli izolowanej termicznie, schładzanej lodem szafki, gdzie lód poprzez cyrkulację powietrza ochładzał trzymane w niej jedzenie.
W letnich miesiącach, jej sąsiedzi pozwalali jej na pobieranie prądu za pomocą przedłużacza z ich domowego gniazdka.
Nie używała systemu klimatyzacji ani ogrzewania, dawała sobie bez nich radę, w lecie korzystając z basenu a w chłodniejszym okresie ubierając się cieplej niż zwykle po domu.
Naszą i zapewne Państwa uwagę zwróciło to, że to miasto nie pozwoliło jej na mieszkanie w sposób w jaki chciała (lub musiała z powodu kłopotów finansowych). Jak mówił jeden z cytatów: "Wyjaśniliśmy jej, że panele słoneczne nie są wystarczające do podtrzymania jakości życia na odpowiednim poziomie".
Urzędnicy w trosce o zdrowie i poziom komfortu życia tej kobiety nie pozwolili jej nie płacić za prąd z którego chciała zrezygnować z powodu niemożności opłacania rachunków. Nie pozwolili jej z tego prądu zrezygnować, mimo, iż chciała pozostać jedynie przy korzystaniu z paneli słonecznych i akumulatorów.
Jak dla nas kolejny przykład wtrącania się urzędników w ludzkie życie, poprzez wymyślanie głupich przepisów choćby na temat działającej w domu lodówki. A może ktoś nie chce mieć lodówki? W mieście Avondale w USA, dzięki urzędnikom, nie może nie chcieć.
Czego jeszcze urzędnicy nie zrobią dla dobra opłacających ich intratne posady obywateli?
Portal CBS42.com z Birmingham, Alabama także w USA opisuje kolejny przykład tej troski.
Tamtejszy ratusz zarządził nowe prawo dotyczące parkowania pojazdów. Od dnia wejścia w życie przepisu, za parkowanie własnego samochodu nie na podjeździe będzie groził mandat.
I tu lokalny portal przedstawia relacje dwóch osób. "Nic już nie należy do nas. Jeśli miasto może wejść, urzędnik podejść i powiedzieć, 'nie mogę tego, nie mogę tamtego na mojej własnej ziemi, ponieważ to dopiero początek.'", powiedział John W. Ford.
Pan Ford wścieka się na nowe rozporządzenie, który zabrania mu parkować na jego własnej trawie.
Druga osoba mówi: "To obniża wartość posesji i nie chciałabym znaleźć się w dzielnicy, gdzie nic nie ma, tylko stoją zaparkowane samochody i nie ma trawy i nie ma rozwoju dzielnicy.". Taką opinię wyraziła pani Vivian Starks.
Pani Starks dodaje: "Mam nadzieje, że Birmingham po prostu będzie egzekwować postępowanie wg. tego przepisu. To wszystko. Jeśli wyegzekwują to, to wszystko będzie w porządku".
Wścibskość i chęć zarządzania cudzą własnością to domena urzędników na całym świecie.
W tego artykułu widać także, że urzędnik nie działa niestety w pojedynkę. I tak samo jak w Polsce znajdzie się gimnazjalista, która zachwycona jest pobieraniem od niej odcisków palców, tak samo w USA znalazła się Pani, która popiera działania urzędników, które dotyczą przecież cudzej własności.
Ktoś powie, ale ta kobieta chciała, żeby jej dzielnica była ładna. Co jest w tym złego, że chce zakazać sąsiadowi parkowania na jego własnym trawniku.
A co złego byłoby w tym, by przeprowadziła się ona do dzielnicy, w której podjazdy są większe i ludzie nie muszą parkować na własnym trawniku lub wszyscy stosują się dobrowolnie to tej reguły? Skoro nie podoba jej się dzielnica w której mieszka obecnie, powinna ją zmienić. Nic także nie stoi na przeszkodzie, by próbowała namówić sąsiadów do rezygnacji z niszczenia trawy.
No cóż, przez ostatnie 100 lat socjalizm wyrządził ogromne spustoszenie w świadomości ludzi na całym świecie. Prawo własności było kiedyś prawem świętym. Dziś, własności traktowana jest prawie jako zło konieczne i tak podlegające regulacyjnym widzimisię tych, którzy akurat dopchali się do żłoba, czy to lokalnego, czy też na szczeblu krajowym.
W Polsce oczywiście także nie można sobie bez pozwolenia urzędnika ściąć posadzonego własnoręcznie na własnej ziemi drzewa, zbudować garażu, dodatkowej przybudówki, wykopać dziury w ziemi i nadać do niej wody itd., itp., bez łaskawego pozwolenia urzędnika.
Niedługo nie będzie się można za przeproszeniem wysmarkać we własnym samochodzie. Tzn., już nie wszędzie ujdzie to na sucho.
Jak podał brytyjski The Daily Record, Michael Mancini, stojąc w nieruchomym korku, wrzucił luz, zaciągnął dla bezpieczeństwa ręczny hamulec, sięgnął po chusteczkę i zaczął wydmuchiwać nos.
Tylko przelotnie i kątem oka zauważył czterech policjantów stojących na poboczu, co w tym momencie wydawało się nie mieć dla niego większego znaczenia. Jeszcze gdy trzymał w ręku chusteczkę, jeden z funkcjonariuszy podszedł do niego i oznajmił, że wlepia mu mandat za "utratę kontroli nad pojazdem".
Nie, to nie skecz Monty Pythona. To brytyjska rzeczywistość. Co gorsza, biznesmen starał się wyjaśnić z policjantem tę sprawę, jednak Policjant nie chciał go słuchać.
Nie chce nam się cytować całego artykułu. Dodamy jedynie, że ten sam funkcjonariusz wlepił wcześniej mandat w wysokości 50 funtów człowiekowi, który wychodząc ze sklepu, przypadkowo upuścił banknot o nominale 10 funtów.
A teraz proszę się zastanowić ilu baranów pokroju owego funkcjonariusza pracuje w policji, radach miejskich, gminnych, urzędach powiatowych, ZUS, ministerstwach lub zasiada w sejmie i senacie. Co gorsza, wiele wskazuje na to, że chory urzędnicy system, zamiast dokonywać naturalnej selekcji takich idiotów i wywalać ich z roboty, promuje ich.
Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że ludzi tego typu dosięga promocja i pną się oni w górę urzędniczej drabiny sukcesu.
A to już prawdziwy Koszmar z Ulicy Wiązów, na której samochody parkuje się tylko na podjazdach przed domami, w których musi działać lodówka i klimatyzacja, gdzie zagrożone otyłościa rodziny chodzą na pogadanki z pracownikami Opieki Społecznej, dzieci nie jedzą chipsów, a ich obecność na mszy sprawdza cyber-ksiądz za pomocą zgromadzonych w bazie danych odcisków palców, na co pozwala mu wymyślona na cmenatrzu podstawa prawna, wdrożona przez straszące wszystkich we śnie indywidua świata polityki.
Źródło: Świat Orwellowski
|