|
Podstawowego, i na pewno, niezbywalnego stwierdzenia, dotyczącego katastrofy smoleńskiej, nie znajduję w raporcie MAK, raporcie Millera, ale także nie ma go w Białej księdze Macierewicza: dowodu, że rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia.
Brak więc w raportach istotnego, wstępnego dowodu - został przyjęty na wiarę. Ale tak nie można badać nawet kraksy samochodowej - bez dokładnego oglądu wraku samochodu i sekcji ofiar, a co dopiero katastrofy lotniczej. Brak więc autentyczności przedmiotowej śledztwa.
Bowiem w odniesieniu do Smoleńska niektórzy internetowi analitycy nie wykluczają, że zamach mógł zostać dokonany nie w tym miejscu. Że być może to, co znamy z Siewiernego, było tylko inscenizacją katastrofy, na tyle kontrolowaną, aby mogła przypominać katastrofę prawdziwą. Nazwano to „maskirowką”. Dodatkiem niejako do technicznych dokumentów i rozważań jest „film Koli” (1,24). Można tutaj pytać, czy film Koli nie byłby swoistym załącznikiem do raportu MAK, pełniącym może rolę „fałszywki”, dowodzącej, że Tupolew z polskimi pasażerami doleciał jednak do Siewiernego.
Hipotezę innego miejsca zamachu przedstawiano w Internecie jako „M2” (miejsce drugie), w przeciwieństwie do Siewiernego: „M1”(miejsce pierwsze). Najwięcej spostrzeżeń przedstawił chyba na ten temat bloger o nicku „FYM”. Niedawno jednak ten kierunek analizy „zaskarżono”, sugerując, że jest to podważanie osiągnięć i wyników badań komisji Macierewicza. Po tej wypowiedzi, jak się zdaje, ukazało się mniej not na temat hipotezy M2. Uważam jednak, że każda analiza zamachu smoleńskiego, jeśli relacjonuje fakty (niezależnie od hipotezy)może nam dostarczyć istotnych szczegółów, ważnych i dla innych hipotez. Nie ma więc powodu, aby z góry wyłączać hipotezę M2. Ile może zależeć od szczegółu, świadczy przykład złamanej czy raczej przeciętej brzozy. Uderzenie w nią skrzydłem Tupolewa miało zadecydować o rozbiciu się samolotu. A przecież ostatnio polscy badacze z kręgu NASA zakwestionowali możliwość utracenia skrzydła przez Tupolewa w zetknięciu z ową brzozą. Analiza „końcówki” lotu Tupolewa dotyczy właściwie tylko kilku sekund. Tego ułamka czasu, który dzieli lot Tupolewa na wysokości zaledwo dwudziestu metrów od roztrzaskania się na ziemi. Jak wiemy, hipotezy „końca” Tupolewa nie ograniczają się do roli złowrogiej brzozy. Wyrażane jest także przypuszczenie, że na tym najniższym pułapie w samolocie wybuchła zdalnie detonowana bomba lub z ziemi dosięgnięto Tupolewa pociskiem termobarycznym.
Ale nie tylko analiza wraku mogłaby nas przybliżyć do wyjaśnienia, co zadecydowało o ostatecznej katastrofie.
Drugim podstawowym elementem, obok wraku, może zresztą najważniejszym, a nie przebadanym wiarygodnie, były ciała ofiar.
Tutaj jednak śledztwo polskie mogło mieć pełny dostęp do zwłok. Z tych własnych oględzin zwłok jednak zrezygnowano, sugerując świadomości publicznej magiczną całkowicie zasadę, że na terenie suwerennej Rzeczypospolitej – trumien otwierać nie wolno. Nie objaśniono tylko, że to magiczne zaklęcie zostało nadane z Kremla. Ale wiarygodność wyjaśniania katastrofy - z pominięciem dwu najważniejszych dowodów rzeczowych - musiała w ostatecznym rachunku być wątpliwa. Bo do publicznej wiadomości podano tylko szereg mniej istotnych szczegółów.
Hipotezy zamachu. Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?
Jednak ogromna część zwolenników hipotezy zamachu przyjmuje, że dokonano go na Siewiernym. Próbują więc analizować fakty i zdarzenia, także zaszłe już po rozbiciu się samolotu. Należy je badać, porównując to z przykładami innych katastrof lotniczych. Niektóre fakty zaobserwowane po tej „katastrofie” nie są łatwe do analizy. Zachodzi pytanie, czy te sytuacje trudne do interpretacji, mało wiarygodne w tej katastrofie – nie tłumaczyłyby się lepiej w perspektywie „innego miejsca” katastrofy (M2), przy jednoczesnej „maskirowce”, „inscenizacji” katastrofy na Siewiernym? A zapewne nie da się dobrze zbadać faktów „maskirowki”, wykluczając jej możliwość.
Zaskakujący po katastrofie jest brak osób rannych, osób, które przeżyły - a upadek Tupolewa nastąpił podobno z około 15 m. - Wiele osób powinno było znieść ten upadek; nie mógł on dawać przeciążenia podanego przez MAK „na wszelki wypadek, z sufitu” - jako 100g - to niewiarygodne przy upadku z tej niewielkiej wysokości - czwartego czy piątego piętra. Jednocześnie dziwią natychmiastowe niemal uwagi służb rosyjskich, że „wsie pogibli”.
Zastanawia widok miejsca „katastrofy” i jej realia, tak jak ukazywały je pierwsze relacje i wczesny materiał zdjęciowy. Nie ma wielu realiów, których należałoby się spodziewać już od pierwszej chwili na miejscu „wypadku”. Nie widać ofiar, o czym mówią relacje bezpośrednich świadków polskich (ambasador Bahr). Brak porozrzucanych fragmentów bagażu. Brak także podstawowych elementów wyposażenia kabiny samolotu, np. foteli (a było ich ponad sto!). A przecież same ściany kabiny uległy rozsypce.
Budzi zdziwienie bardzo szybka akcja uprzątnięcia zwłok i umieszczenia ich w trumnach. To, co uważano za nonszalancję służb rosyjskich – brak opisu miejsca znalezienia poszczególnych zwłok i dokumentacji fotograficznej – mogło być efektem transportowania zwłok spoza Siewiernego i kordonu w „miejscu” wypadku, by nie pozwolić świadkom-intruzom na dekonspirujące spostrzeżenia. Na ujęciach z miejsca wypadku zauważamy dużą ilość trumien. Nie przypominam sobie trumien w żadnej relacji w konkretnym miejscu lotniczego wypadku. Normalnie przewozi się odpowiednio ochronione zwłoki, do zakładu anatomii patologicznej. Dopiero z tego miejsca, zbadane zwłoki przekłada się do trumien. I działo się tak w Moskwie. A to podwójne wkładanie do trumien – było może po to, aby żałobną grozą uwiarygodnić miejsce wypadku?…
Jak relacjonowano, niektóre ciała były pozbawione ubrania – fakty podobne opisywano przy upadkach z 9 000 czy 10 000 metrów. Nie ma ich przy skokach samobójczych z piątego piętra. Tak przecież można zmierzyć ostatnią wysokość Tupolewa nad Siewiernym (15-20 m). Od razu powstaje zresztą pytanie o inny powód, ogołacający niektóre ciała z ubrań (szalony podmuch, ciśnienie wybuchu bomby, jakiej mianowicie?).
Wystawianie przez lekarzy rosyjskich jednobrzmiących aktów zgonu. Po przewiezieniu do Polski całkowity zakaz otwierania trumien, a potem ekshumacji. Komisja Millera zdecydowanie powstrzymała się później od badania zwłok w Polsce, nie było ich jeszcze przeszło półtora roku po wypadku. Czy nie dlatego, że wyniki śledztwa mogłyby nie potwierdzać wszystkich zgonów z powodu upadku z 20 metrów? Nie polemizowano zresztą z tezą, że brak ekshumacji czyni śledztwo mało wiarygodnym.
Brak na miejscu katastrofy pewnych elementów charakterystycznych dla wypadków lotniczych. Wokół wraku nie ma śladów lotniczego paliwa (a Tupolew miał go jeszcze 11 ton!), brak wybuchu po uderzeniu samolotu w ziemię i odpowiedniej skali pożaru. Nie badano kokpitu Tupolewa (na ewentualnie zachowanej aparaturze kontrolnej w kokpicie najłatwiej byłoby stwierdzić autentyczność wraku). Nie ma elementów kokpitu w masie szczątków. Podobno kokpit istniał na pierwszych zdjęciach. Jeśli go usunięto, to mógł pochodzić z innej maszyny (wtedy łatwe byłoby stwierdzenie falsyfikatu).
Niezwyczajne, ogromne rozczłonkowanie i „rozrzut” elementów wraku samolotu wydaje się mało prawdopodobne przy upadku z tak niewielkiej wysokości. Na przykład zdjęcia wraku z Locerbie (upadek z 10 000m!) ukazują kabinę wprawdzie w trzech kawałkach, ale składających się na całość. Być może w ramach „maskirowki” umieszczenie w tym miejscu wielkich fragmentów korpusu samolotu przekraczało możliwości helikopterów, użytych do inscenizacji? Łatwiej także ukryć nieautentyczność wraku, gdy jest „rozproszkowany”.
Dopuszczając istnienie „maskirowki” na Siewiernym, należałoby pytać o właściwe miejsce zamachu, dokonanego być może bez katastrofy samolotu. Inaczej wtedy przebiegałaby „eliminacja” pasażerów i załogi samolotu. Ale nawet w odosobnionym miejscu, nie byłoby łatwo przygotować zwłoki, tak aby wyglądały jak szczątki „ofiar katastrofy”. Czy istnieli by osobnicy potrafiący zrealizować takie nieludzkie zadanie? W tej sprawie moja wyobraźnia wycofuje się…
Okazuje się, że łatwiej jest pisać o elementach technicznych zagłady, niż rozważać straszne możliwości osobistego działania samych morderców. Wobec wyobrażonej tu możliwości – wbicie się pilotowanym samolotem w wieżę na Manhattanie wydaje mi się o wiele prostsze do opisania… Wolałbym nawet pominąć takie rozważania…
Jacek Trznadel
W odpowiedzi na tekst prof. J. Trznadla
To prawdziwy zaszczyt dla mnie i tych wszystkich blogerów oraz komentatorów zajmujących się hipotezą dwóch miejsc, że prof. J. Trznadel zechciał odnieść się do niej w swoim tekście „Zamach smoleński – wokół hipotez”, zamieszczonym na blogu przez prof. M. Dakowskiego. Nawiązując do tego artykułu, pozwolę sobie zacytować kilka jego fragmentów i odnieść się w paru uwagach.
„Podstawowego, i na pewno, niezbywalnego stwierdzenia, dotyczącego katastrofy smoleńskiej, nie znajduję w raporcie MAK, raporcie Millera, ale także nie ma go w Białej księdze Macierewicza: dowodu, że rozbite fragmenty wraku Tupolewa na Siewiernym są na pewno częściami samolotu, który tego dnia rano wyleciał z delegacją prezydencką z Okęcia. Brak więc w raportach istotnego, wstępnego dowodu - został przyjęty na wiarę. Ale tak nie można badać nawet kraksy samochodowej - bez dokładnego oglądu wraku samochodu i sekcji ofiar, a co dopiero katastrofy lotniczej. Brak więc autentyczności przedmiotowej śledztwa.”
I to jest jedna z kluczowych kwestii w śledztwie smoleńskim. Wrak, co wiemy aż za dobrze, nie został ani przez polską stronę zabezpieczony, ani dokładnie ofotografowany/sfilmowany na siewiernieńskim pobojowisku, ani przeniesiony do Polski, ani nawet pieczołowicie zbadany, zaś jego ruska „rekonstrukcja” dokonana na płycie lotniska to czysta kpina nie tylko z naszego kraju, ale i z jakiegokolwiek odtwarzania samolotu po lotniczym wypadku. Jak zatem bez dokładnego, starannego zbadania wraku można było przystąpić do ustalania przyczyn katastrofy? Jak bez zapisanego w jakikolwiek wizualny sposób (zdjęcia, filmy) przebiegu katastrofalnego zdarzenia można było odtwarzać to, co się stało? Tylko w taki sposób, że scenariusz tego zdarzenia miało się gotowy już przed przystąpieniem do badań, same zaś badania miały stanowić wyłącznie teatralny spektakl, po którym nastąpi „ogłoszenie przyczyn wypadku” przez neosowiecką „komisję badawczą” typu „MAK”. Doskonale zresztą pamiętamy, że już od pierwszych chwil „po wypadku” głoszono, jak do niego doszło, kto zawinił, a nawet, jakie czynniki (mgła, zawadzenie o drzewa, nieostrożność lub brawura polskiej załogi, pośpiech, niesłuchanie zaleceń o skierowanie się na zapasowe lotnisko itd.) są za „katastrofę” odpowiedzialne. Władze Polski, a z nimi promoskiewskie media natychmiast ruską narrację potraktowały jako jedynie obowiązującą i dalej już sprawy toczyły się dla zamachowców „gładko” - śledztwem zajął się osobiście car Putin, a nad Wisłą pokierowano nastrojami społecznymi w stronę żałoby, nie zaś dochodzenia prawdy o zamachu.
Wypadek po prostu był tak oczywisty, że tylko jakiś oszołom mógł przypuszczać cokolwiek innego (zresztą gorliwość, z jaką polska dziennikarska brać zaczęła lansować ruską wersję zdarzeń zdradzała, że w rzeczywistości 10-go Kwietnia musiało być zupełnie inaczej). Wypadek był jednak tak oczywisty, że z całkowitym zrozumieniem w promoskiewskich mediach przyjęto transport czerwonych trumien ruskimi gruzawikami na pobojowisko. Cóż bowiem innego można robić z ciałami po wypadku, jak nie „godnie pochować”? Badać ciała ofiar? Ale przecież to był tylko wypadek, co więc tu jeszcze badać? Dajmy spokój tragicznie zmarłym. Wypadek był tak oczywisty, że nawet wraku nie trzeba było jakoś szczególnie badać, bo – jak to lakonicznie ujął E. Klich – „walnęło-urwało”. Jeśli zaś ktoś sądziłby, że nie walnęło i nie urwało, to miałby schizofrenię bezobjawową, czyli (w terminologii neokomunistycznej) paranoję smoleńską. Bodajże J. Gugała w jakimś programie miał kiedyś wtrącić w dyskusji (tonem zdradzającym mówienie o jakiejś absolutnej herezji, o jakimś kompletnym obłędzie), że są ponoć tacy, co twierdzą, iż na Siewiernym w ogóle nie doszło do żadnej katastrofy. To dopiero, prawda? Z jednej strony lud oświecony, który wie, że doszło „po prostu do głupiego wypadku” (głupiego, bo z winy szarżujących pilotów poganianych przez zniecierpliwionych przełożonych), a z drugiej strony gdzieś w podziemiach jakieś podłe kreatury ośmielające się głosić, że (ruska) ziemia jest płaska.
Wracam jednak do tekstu prof. Trznadla: „Drugim podstawowym elementem, obok wraku, może zresztą najważniejszym, a nie przebadanym wiarygodnie, były ciała ofiar.” To jest chyba najbardziej zdumiewająca rzecz, do jakiej doszło po tragedii z 10-go Kwietnia. Gabinet ciemniaków, dysponując przeróżnymi jednostkami lotniczymi, nie tylko nie wysłał (na wieść o „wypadku”) na „miejsce zdarzenia” polskich ratowników (Ewakuacja), ale nawet specjalistów zajmujących się medycyną sądową, czyli ekspertów od identyfikacji ofiar katastrof, mimo że ci ostatni zgłaszali swoją gotowość do wylotu już w pierwszych godzinach po ogłoszeniu tragedii (Natychmiast wszcząć śledztwo). Ale przecież i na tym się nie skończyło, bo nawet nie zadbano o to, by polscy specjaliści wzięli udział w sekcjach zwłok i nie dopuszczono do tego, by takie sekcje przeprowadzić po przetransportowaniu ciał ofiar do Polski. Nasuwa się więc proste i podstawowe pytanie: dlaczego? Ano dlatego, że to był wypadek, więc „nie ma już co badać”. No dobrze, ale skąd wiadomo, że doszło do wypadku, skoro nie ma żadnego wizualnego materiału, skoro nie zbadano starannie wraku, skoro nie było słychać rumoru spadającego blisko stutonowego metalowego cielska?
Prof. Trznadel zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną kwestię: „Jeśli został dokonany na Siewiernym, to wszystko musiałoby być gorączkową wręcz improwizacją, wyśrubowaną w mijającym krótkim czasie. Czy jednak decyzja o zamachu – mogła być taką improwizacją, dokonaną w ostatniej fazie lotu Tupolewa? Czy zainteresowanym służbom i zamachowcom przekazano by decyzję dokonania improwizowanej akcji? Zauważmy, że w każdej improwizacji trudno przewidzieć jej dokładne skutki. Czy wtedy, choćby z dużym wykorzystaniem wcześniej przygotowanych elementów, zamachowcy nie musieliby się liczyć także z pojawieniem się faktów przypadkowych, czy nawet – demaskujących?”
Ja już odnosiłem się do hipotezy zamachu na Siewiernym, recenzując książkę L. Szymowskiego (Zamach tak, ale czy na Siewiernym?), ale tu, nie chcąc powtarzać tamtych kontrargumentów, chciałbym się odnieść wyłącznie do tego, co sugeruje prof. Trznadel. Otóż wydaje się właśnie niezwykle mało prawdopodobne, by dokonano zamachu na zasadzie kompletnej improwizacji, „porywu chwili” itd. To musiała być zbrojna akcja przygotowywana miesiącami i zapewniająca stuprocentowe powodzenie samym zamachowcom. Czy gdyby skierowano polską delegację na Siewiernyj i byłaby gęsta mgła, to czy istniałyby warunki do przeprowadzenia skutecznego zamachu? Tylko pozornie tak. Załoga mogłaby nie ryzykować nawet próbnego podejścia i co wtedy? Czy ktoś zmusiłby pilotów do zejścia na odległość „strzału pociskiem termobarycznym”? Załóżmy, że uszkodzono by stery i piloci utraciliby panowanie nad maszyną. Czy wtedy nie istniałaby szansa na jakiś manewr pozwalający awaryjnie wylądować z dala od „linii strzału”? Czy na pewno wszyscy by zginęli?
Wydaje się, że tylko przygotowanie zawczasu „miejsca katastrofy”, którego wygląd zrobiłby piorunujące wrażenie na przedstawicielach z Polski (znamy choćby relację M. Wierzchowskiego) i na dziennikarzach (oczywiście trzymanych na rozsądną odległość, by zbyt dokładnie nie pofotografowali), a przeprowadzenie zamachu w innym miejscu (np. na lotnisku „zapasowym” przeznaczonym do „przeczekania smoleńskiej mgły”) zapewniało zamachowcom stuprocentowe powodzenie.
Free Your Mind
Źródło: Free Your Mind - Salon24
|