|
Jan Hartman to aktywny filozof i posiada już gdzieniegdzie pewien autorytet (lub opinię użytecznego). Zobaczyłam dziś w księgarni jego książkę "Bioetyka dla lekarzy" – otworzyłam oczywiście na aborcji. I po raz pierwszy ujrzałam w polskiej literaturze sugestię wprost, że noworodek (ludzki, dla jasności) nie jest człowiekiem.
Fakt, że nie szukałam dotąd zbyt uważnie, słyszałam tylko o Peterze Singerze czy Tooley'u, którzy zainspirowani niczym ojcowie Oświecenia Spartą, zaproponowali jej rozwiązania względem "niepełnowartościowych" dzieci. Inaczej: noworodek czy niemowlę ma być rzeczą należącą do rodziców.
Powstały już przeróżne koncepcje dotyczące praw ludzkich, prawa do życia i jego uwarunkowań. Wygibasy, jakich dokonywać muszą zwolennicy dowolności w określaniu tych uprawnień, zadziwiają już na etapie małego zaawansowania w temacie. Np. trzeba mieć interes, żeby mieć prawo do życia. Albo trzeba mieć świadomość, albo być rozwiniętym, albo trzeba, by nasze maszyny odczytały fale mózgowe, a może – kiedy osobnik może samodzielnie uciec czy dać w papę oprawcy – o, wtedy ma już wyraźnie prawo do życia.
Studia nauczyły mnie trzech rzeczy: filozofia nie jest łatwą dziedziną i w związku z tym łatwo ją spaprać. Spaprana filozofia ma tragiczne konsekwencje dla ludzkości – choć nie strzela osobiście. Ona tylko wychowuje strzelających lub niestrzelających, a nawet zdarza się jej twierdzić, że najpiękniejszym i najlepszym jest prawo do decyzji: strzelajmy bądź nie strzelajmy. To właśnie, że można strzelać lub nie, jest najbardziej postępowe i realizuje ideał Wolności…
Hartman napisał mniej więcej tak: esencjalizm ma niezwykłe dla myślenia konsekwencje. Mianowicie wynika z niego, że istota nieukształtowana, rozwijająca się jest tym samym osobnikiem gatunkowym co rozwinięta. A zatem, żołądź jest dębem, a noworodek, a nawet płód jest człowiekiem.
Nie wiedziałam, że człowieczeństwo noworodka jest dziwaczną konsekwencją – chyba że z góry przyjmuje się jakiś cel, jakiemu koncepcja ma służyć, np. uprawnienie do zabijania potomstwa. Dotąd "filozofom za dowolnością" można było postawić zarzut: odrzucenie ciągłości życia ludzkiego przed i po narodzinach skutkuje tym, że określamy człowieczeństwo dowolnie. Za chwilę powiecie, że ludźmi jesteście tylko wy sami, ponieważ rozwinęliście myślenie abstrakcyjne, co w waszych własnych koncepcjach jest najwyższą formą myślenia. To absurd!
Ale "filozofowie za dowolnością" okazali się konsekwentni i poszli tą właśnie drogą. Przytoczone powyżej słowa Jana Hartmana świadczą, że teraz będą próbowac przedstawić jako absurdalne myślenie całkiem zwyczajne: o gatunku ludzkim i jego przedstawicielach, będących w różnym wieku rozwojowym.
Pomyślmy jednak o konsekwencjach uznania, że człowiekiem jest istota zawsze inna niż ludzki noworodek (do 1 miesiąca po narodzinach), ludzki płód (po 8. tygodniu ciąży do narodzin) i ludzki embrion (od poczęcia do 8 tygodnia życia). Okazuje się, że:
- Każdy człowiek na pewnym etapie swego życia nie jest człowiekiem ale organizmem żywym X, bezgatunkowym, który tylko insynuuje swoim DNA i pojawiającymi się stopniowo cechami człowieczeństwo…
- Potomek ludzi nie jest człowiekiem.
- Żaden ojciec nie spłodził człowieka, którego potem trzeba wychowywać – a zatem alimenty są bezzasadne.
- Żadni rodzice nie mają zobowiązań ani praw wobec swojego dziecka, ponieważ nie powołali do życia jego, a obcy nieczłowieczy organizm żywy, pozostający tylko w jakimś tajemniczym związku z ich dzieckiem.
- Bycie żywym organizmem ludzkim nie ma żadnego znaczenia dla człowieczeństwa i właściwie nie wiadomo, co je ma, ale słyszałam, że delfiny mają nieco świadomości i są całkiem niezależne…
Wbrew temu, co głoszą "filozofowie za dowolnością" i ich wychowankowie, nie potrzebuję do zdefiniowania człowieka koncepcji osoby ani uznania godności czy praw bytu potencjalnego, potencjalnego człowieka. Absolutnie nie. Wystarczają mi trzy przesłanki: życie, ciągłość, rozpoznawalność DNA ludzkiego (chwała biologom za tę przesłankę).
Wiem, że osobnik ludzki żyje i wiem, od kiedy do kiedy jest żywy. Jestem w stanie odróżnić jego konkretnie od otaczających go tkanek matki, od gamet z których powstało jego życie, od otoczenia i innych osobników. Wiem, że jego stany obecne determinują przyszłe (embrionowi zrobi się krzywdę- efekt zaważy na całym życiu tego konkretnego osobnika ludzkiego aż po setne urodziny) – czyli, że jest to ten sam osobnik ludzki. Wiem, że przez całe życie człowiek się rozwija i zmienia, a do zauważenia tego nie potrzebuję nawet obserwacji przed narodzinami. Mija czas, a on jest ciągle do wskazania palcem, konkretny organizm, konkretny – człowiek.
Te argumenty przekonują mnie o wiele bardziej, niż wizualne niepodobieństwo zarodka na początkowym etapie jego życia do dużego człowieka. Nic dziwnego, skoro powstał niemal z nicości! Oczekiwanie, aby życie człowieka zaczęło się z wielkim "puf!" po którym na scenie pojawia się półcentymetrowy Jan Hartman z malutkim egzemplarzem "Krytyki czystego rozumu" Kanta…. to przesada i – niesprawiedliwość.
Myślę, że nawet z perspektywy ewolucyjnej, to niesamowicie sprytne, że tak WCZEŚNIE (bo po 4 tygodniach życia ZNIKĄD) człowiek już wygląda całkiem przekonująco. To znaczy, że juz jest w stanie wywołać uczucia opiekuńcze u swoich rodziców i zadbać w ten sposób o zapewnienie sobie przetrwania. Tak, jakby natura wiedziała, że wymyślimy taką aparaturę do fotografowania czy filmowania. I że zdobędziemy wątpliwej wartości mozliwość zabijania swojego potomstwa, zanim zdąży się urodzić. Natura najwyraźniej bardzo chce nas przed tym powstrzymać, bo prędkość rozwoju prenatalnego jest niesłychana.
"Mama i Tata są ludźmi, a ja mam kilka tygodni, i chociaż niektórzy woleliby mnie nazwać pingwinem, ikrą łososia albo młodym yeti, to jestem małym człowiekiem, takim jak oni, tylko młodszym… "
Mama Muminka rozpoznała swojego synka, kiedy ten zmienił się w okropnego potworka. Myślę, że początek życia ludzkiego wymaga od Mam i Ojców znacznie mniej wysiłku. "Nie ma dzieci – są ludzie", pisał Janusz Korczak. No właśnie.
Gdyby mój Mąż starał się mnie zachęcić słowami: "Kasiu, może zrobimy małego pingwina?", wyciągając przy tym dla uzasadnienia swojej perspektywy "Bioetykę dla lekarzy" Hartmana, odpowiedziałabym od razu: "Jakub, po co nam pingwin?". Wolę dziecko, nawet takie, które na początku swojego życia jest okrągłą komórką, potem ma ogonek, ale skoro taki jest konieczny koszt każdego ludzkiego życia… W epoce oświeconej tolerancji jestem w stanie znieść nawet to, że każdy z miliardów ludzi na Ziemi od zarania dziejów rozpoczyna życie właśnie w ten niemedialny sposób.
Kasia Wozinska
Źródło: Fronda.pl
|