|
Tak się w tym roku złożyło, że na Dzień Kobiet przypadły uroczystości w warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela z udziałem całego Episkopatu Polski, a związane ze spóźnionym dziękczynieniem polskich biskupów za kanonizację arcybiskupa warszawskiego św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego (1822-1895) dokonaną w Rzymie jeszcze 11 października 2009 r.
Wydawałoby się, że wspomniane uroczystości nie powinny mieć nic wspólnego ze świętem kobiet, a jednak nic bardziej błędnego nie można byłoby sądzić, gdy się przeczyta słowa homilii wygłoszonej wówczas przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, arcybiskupa Józefa Michalika.
W homilii tej znajdziemy bowiem bezpośrednie odniesienie się do sprawy Alicji Tysiąc, która dosłownie kilka dni wcześniej uzyskała korzystny dla siebie wyrok w katowickim Sądzie Apelacyjnym przeciwko redaktorowi naczelnemu "Gościa Niedzielnego", księdzu Markowi Garncarczykowi oraz przeciwko archidiecezji katowickiej wydającej powyższy tygodnik.
Otóż ksiądz arcybiskup stwierdził, że także i dziś każdy chrześcijanin, ksiądz i biskup, przy całej otwartości na nowe wydarzenia, musi w pewnych momentach stwierdzić: nie możemy milczeć i że nie możemy milczeć, gdy o prawo do zabijania dziecka poczętego dobija się po międzynarodowych sądach matka i kiedy za nazwanie zabójstwa niewinnego, bezbronnego dziecka morderstwem każe się redaktora katolickiego pisma.
W innej z kolei części homilii była mowa o zaniku kultury i ducha w narodzie, o układach mafijnych, które powodują bezczynność, a także o zabiegach pewnej salonowej stołecznej gazety, która rozkłada ducha narodu, a za przejaw nowoczesności uważa brak honoru, patriotyzmu oraz wyrzeczenie się Ewangelii i Krzyża.
Wystarczyło, że te słowa przedrukowano w Internecie, a już w komentarzach na pewnym poczytnym portalu zaroiło się od ataków na arcybiskupa Michalika. Kultura tych wypowiedzi bynajmniej nie porażała, a wśród nich dominowało przeświadczenie, że arcybiskup nie potrafi zrozumieć sentencji wyroku, że chodziło tu nie o obronę życia, lecz o pogardliwe wyrażanie się i obrażanie kobiety i że Polsce grozi drugi Iran, skoro arcybiskup ingeruje w wyrok niezawisłego sądu.
Odnosiło się wrażenie, że te same argumenty brano z niektórych publikacji prasowych i że słyszano je dzień wcześniej na ulicach Warszawy, Krakowa i Wrocławia, którymi przemaszerowała feministyczna „Manifa”. Na imprezie warszawskiej główną bohaterką była zresztą sama Alicja Tysiąc, która występowała w towarzystwie podobnych „herod-babek” w rodzaju Anety K., Jolanty Kwaśniewskiej, Henryki Bochniarz czy obecnie jeszcze urzędującej minister pracy i polityki społecznej Jolanty Fedak. Niektóre z tych pań deklarowały się już znacznie wcześniej i przy różnych okazjach jako katoliczki, lecz tym razem daleko im było do tego typu deklaracji. Ich głównym celem było pokazanie siebie w roli wojujących feministek.
Równocześnie w tych samych dniach trwała wojna uliczna na plakaty pomiędzy obrońcami życia a jego przeciwnikami (a raczej przeciwniczkami). O ile Fundacja „Pro-Life” uciekła się do pokazywania drastycznych w swojej wymowie (może rzeczywiście trzeba czasami wstrząsnąć społeczeństwem, aby się obudziło?) plakatów ze zdjęciem Hitlera i rozszarpanego płodu, o tyle na łódzkich przystankach zawisły właśnie plakaty zachęcające Polki do zabijania swoich nienarodzonych dzieci na Wyspach Brytyjskich wraz z wyliczeniem kosztów takiego wyjazdu i zbrodniczego "zabiegu". I choć prokuratura łódzka zaczęła prowadzić dochodzenie w tej sprawie, to już do tej akcji przyznały się tajemnicze "Separatystyczne Rewolucyjne Oddziały Maciczne" (SROM) walczące o tzw. "prawa kobiet".
Wszystkie te wydarzenia świadczą - niestety - o jednym, a mianowicie że rację miał arcybiskup Michalik, gdy mówił o zaniku "kultury i ducha narodu". Nie ma już też kultury słowa i obrazu, a inicjatywę przejmuje lewactwo, które chętnie odwołuje się do haseł rewolucyjnych czy wręcz internacjonalistycznych — negujących i ośmieszających wartości narodowe.
Mariusz Affek
Źródło: Prawica.net
|