|
Sławni Polacy, o których uczymy się ciągle w szkołach zostawili po sobie zapisane karty historii. Jeżeli wczytamy się w te karty uważnie, pokażą nam one, że można nie odbyć edukacji wczesnoszkolnej, lub niewiele uczyć się w szkołach i stać się kimś, a nawet zostać później patronem szkoły publicznej. Dlaczego więc wciąż nie ustają nawoływania, aby wszystkie pięciolatki (a potem cztero- i trzylatki) wyrywać z rodzinnych domów do szkoły?
Lista takich sławnych Polaków jest długa i nie sposób tutaj opisać dzieciństwa wszystkich, którzy do szkoły nie poszli ani w wieku lat 5 ani 6, ani 7. W poprzedniej części przedstawiłam dzieciństwo kształconych w domu: Mikołaja Reja, Szymona Szymonowica, Aleksandra Fredro (który nigdy do żadnych szkół nie chodził), Emilii Plater, Joachima Lelewela, Maurycego Mochnackiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica czy Jana Śniadeckiego. Chciałabym przybliżyć sylwetki kolejnych sławnych Polaków.
Hrabia Zygmunt Krasiński (1812–1859) kształcił się w domu (najpierw w Warszawie, potem w Opinogórze), a później dopiero w liceum i na wydziale prawa i za granicą. W biografii autorstwa Józefa Kallenbacha czytamy, że jego dom rodziny nie był idealny – matka była melancholijna i chorowita, co podobno odziedziczył Zygmunt w postaci nerwowości i słabego zdrowia. Religijna matka oddała się jednak wyłącznie wychowaniu syna, a jej życzeniem zapisanym w testamencie było, aby syn wyrósł na dobrego chrześcijanina i dobrego Polaka. Kto dziś zapisuje takie życzenia w testamencie, lub chociaż nawet nosi w sercu? Rodzice Krasińskiego zauważywszy zdolności kilkuletniego syna postanowili wcześnie zająć się jego edukacją. Francuskiego uczyła go Francuzka Delahaye i dzięki niej już w wieku 8 lat mógł on pisać do rodziców listy po francusku. Edukacja w języku polskim przebiegała najpierw pod okiem pisarza Józefa Korzeniowskiego, z którym ośmiolatek dyskutował o polityce i moralności (do dziś zachowały się listy nauczyciela do zatroskanego ojca Zygmunta). Kolejnym nauczycielem był Zygmunt Chlebowski, który jednak nie miał duszy prawdziwego nauczyciela, był szorstki, chciał przyspieszyć kształcenie ucznia zmuszając go do rozwiązywania trudnych zadań z arytmetyki. Uczył go także łaciny i greki (z tym Zygmunt nie miał jednak problemu). Zajęcia odbywały się nawet w sierpniu. Celem kształcenia Chlebowskiego, który uważał, że nauczanie domowe ma sens tylko do pewnego mementu, było wyuczenie czternastoletniego Zygmunta do poziomu umożliwiającego mu zapisanie się do ostatniej klasy liceum. Warto zaznaczyć, że w liceum we wtorki i czwartki nie było zajęć po południu, a uczono tam teorii postępu i logarytmów, a także działań na liczbach urojonych. Chłopiec miał pokaźną biblioteczkę – 39 książek po polsku, 133 po francusku i 1 po niemiecku, uczył się pisząc sentencje w różnych językach. Po śmierci matki, to ojciec „oddał się całą duszą wychowaniu jedynaka” – pisze Kallenbach. Zamykał się z synem na godziny, kazał mu recytować przysięgi Hannibala przeciw Rzymowi, wpajał miłość do ojczyzny. Zygmunt jako trzynastolatek odbył pierwszą dziewięciodniową podróż na Podole, która wiele go nauczyła. Potem poszedł na uniwersytet, na wydział prawa i administracji.
Pochodzący z zamożnej szlachty Kornel Ujejski (1823–1897) uczył się w domu do lat 8, a dopiero potem u bazylianów. Romuald Traugutt (1826–1864) od najmłodszych lat po śmierci matki był wychowywany przez babkę, której zależało na wychowaniu wnuka w atmosferze patriotyzmu. Romuald rozpoczął gimnazjum w Świsłoczy w wieku 10 lat. Julian Ursyn Niemcewicz (1758?–1841), pochodzący z średniozamożnej szlachty, który miał szesnaścioro rodzeństwa także początkowe nauki odebrał w domu. Wychowany był też w domu swego dziadka w duchu rycerskim. W wieku lat 12 wstąpił do Korpusu Kadetów w Warszawie, gdzie spędził 7 lat. Za to Cyprian Kamil Norwid (1821–1883) wcześnie osierocony, wychowywał się u prababki Hilarii z Sobieskich. Nie ukończył gimnazjum (przerwał naukę nie ukończywszy piątej klasy), chodził przez krótki czas do prywatnej szkoły malarstwa i pobierał prywatne lekcje rysunku. Biografowie piszą: „Nieregularna i przerwana edukacja Norwida sprawiła, że na dobrą sprawę był samoukiem”.
Na pewno źródłem wiedzy były jego liczne podróże, nie tylko po Europie, ale i po Stanach Zjednoczonych. Wynalazcy lampy naftowej Ignacemu Łukasiewiczowi (1822–1882), urodzonemu w ormiańskiej rodzinie szlacheckiej, mającemu czworo rodzeństwa, pierwszych nauk udzielał w domu wychowawca, były pułkownik, Woysyn Antoniewicz. W domu rodzinnym panowała serdeczna, patriotyczna atmosfera. Po rozpoczęciu przez Łukasiewicza pracy, pracodawca szybko dostrzegł jego nieprzeciętne zdolności i pomógł mu zdobyć wykształcenie. Łukasiewicz ukończył w końcu studia farmaceutyczne w Krakowie, potem wyjechał do Wiednia, aby zgłębić wiedzę z chemii analitycznej.
O szkołach nie mówi się zbyt wiele w biografii Stanisława Reymonta (1867–1925), który także nie mógłby się pochwalić stosikiem szkolnych dyplomów. Urodził się w rodzinie wiejskiego organisty, pochodzącej ze zubożałej szlachty. Jak piszą o nim biografowie: „był krnąbrny, toteż po paru latach nauki w miejscowej szkole został oddany do terminu w Warszawie pod opiekę swej najstarszej siostry i jej męża (...), otrzymał krawiecki patent czeladniczy – jedyne w życiu formalne świadectwo swego wykształcenia”. Podobno odmówił uczęszczania do szkół. Dalszych szczegółów z jego życiorysu chyba też się w szkole nie rozgłasza, bo Reymonta trudno posądzić o poukładane życie. Nie pracował bowiem w wyuczonym zawodzie, chciał wstąpić do zakonu, uwielbiał podróżować. A jednak dostał Nagrodę Nobla. Jako ciekawostkę warto napisać, że był członkiem PSL "Piast" i poznał się z W. Witosem.
A jak już jesteśmy przy sławnym ludowcu... Wincenty Witos (1874–1945) edukację formalną rozpoczął w wieku lat 10 i ukończył tylko 4 klasy elementarnej. W domu jego rodziców były dwa pomieszczenia, z których jedno zajmowała krowa. Zajmowanie się krową było obowiązkiem Witosa od 5 roku życia. Witos był jednak genialnym samoukiem, uwielbiającym czytać. Czytając dziś jego obserwacje na temat społeczeństwa trudno zarzucać mu, że posiadał gorsze wykształcenie od dzisiejszych znawców spraw społecznych.
Stanisław Ignacy Witkiewicz (1885–1939) również nie chodził do szkół. Jego kształceniem zajął się ojciec, gdyż nie był zwolennikiem szkolnego systemu. To on organizował synowi kształcenie sprowadzając do domu prywatnych nauczycieli. Niewątpliwie to ojcu zawdzięcza Witkacy zainteresowania artystyczne i literackie, a także rozwój własnych poszukiwań. Pisarka i publicystka Zofia Kossak-Szczucka (1889?–1968) także była uczona w domu. Jako 16–17 latka podjęła pracę nauczycielki. W czasie II wojny wykazała się także odważną postawą, uczestnicząc w ruchu oporu, działając w katolickiej organizacji Front Odrodzenia Polski (kontynuacja Akcji Katolickiej) i Żegocie. Była więziona w Oświęcimiu, skazana na śmierć i cudem uratowana z Pawiaka. Światowej sławy polski chemik Jan Czochralski (1885–1953), uznany za praojca elektroniki i chyba znany w Polsce tylko i wyłącznie przez poważnych elektroników, uczył się u aptekarza. Raczej jest pewne, że nigdy nie zdał matury. Być może nigdy nie ukończył szkoły. Krąży o nim anegdota, że podarł świadectwo mówiąc ”Proszę przyjąć do wiadomości, że nigdy nie wydano bardziej krzywdzących ocen”. Pochodził z wielodzietnej rodziny stolarza, był zresztą jego ósmym dzieckiem.
Jak widać z licznych przykładów sławnych zamożnych i niezamożnych Polaków, którzy czasem wychowywali się w domach niepełnych, wśród rodzeństwa lub bez, a nawet w niespokojnych czasach okupacji Polski, ich rodziny potrafiły zająć się edukacją swoich pociech. Gdy zabrakło najbliższych, babcie i dziadkowie, a nawet prababcie i ciocie stawały na wysokości zadania. Czasami w kształceniu tych niepospolitych ludzi pomagały różne osoby, spotkane prywatnie w toku zwykłego życia. Kiedyś dzieci mogły nie trafić do rządowych instytucji, ale uczyć się i znosić trudy życia i kształcenia bez pomocy władzy. Kiedyś normalnym było, że ścieżki edukacyjne mogą być różne, tak samo jak życie człowieka. Dziś uważa się, że jedyna i nieunikniona (czasem nawet najlepsza) jest ta od państwowego przedszkola przez publiczną podstawówkę, aż po publiczne studia.
Natalia Dueholm
Artykuł ukazał się w „Najwyższym Czasie”.
|