|
W trzynastym wieku całymi Włochami wstrząsały straszliwe wojny i Franciszek Bernardone nie musiał długo czekać na szansę wypróbowania swego szczęścia w żołnierce.
Niewiele ponad dwadzieścia kilometrów od Asyżu leżało większe miasto zwane Perugią. Podobnie jak Asyż, wybudowano je na szczycie góry i wydawało się, jakby oba miasta uśmiechały się do siebie ponad zieloną doliną. Jednak przez setki lat rozdzielała je nienawiść i wzajemne zatargi. Perugia, silniejsza i wyżej położona, leżała jak smok gotujący się do skoku na niewielkiego, acz wściekłego wroga. Asyż był zawsze gotów do boju, niczym małe lwiątko. Zdarzało się czasami, że zwyciężał lew; zawsze starczało mu zaciekłości, by zadać wielkiemu smokowi dotkliwy ból.
Kiedy Franciszek miał około dwudziestu lat, między wielkim smokiem i małym lewkiem wybuchła wojna. Z górskiego zbocza schodziła w dolinę perugijska armia; z przeciwległej strony nadciągały oddziały asyskie. W armii Asyżu znalazł się Franciszek oraz większa część jego kompanii, z którą w czasie pokoju tak wesoło spędzał czas. Radośni jak zawsze, aż rwali się, żeby zobaczyć prawdziwą bitwę.
Armie spotkały się na równinie i stoczyły bitwę nad rzeką, w pobliżu maleńkiego miasteczka o nazwie Ponte San Giovanni – Most Świętego Jana.
Tym razem perugijczycy mieli przewagę nad asyżanami i pierwsza walka młodego żołnierza zakończyła się klęską. Jeden dzień ukazał mu całą grozę bitewnego pola. Widział rannych i umierających. Słyszał straszne krzyki osamotnionych koni. Cierpiał w oślepiającym słońcu i palącym pragnieniu. Wojna, która zawsze wydawała mu się pełna szlachetności i chwały, objawiła mu się jako okrutny i okropny chaos.
Armia asyska poniosła tego dnia dotkliwą klęskę. Wielu ludzi zostało zabitych, wielu dostało się do niewoli, zaś jednym z jeńców był Franciszek Bernardone. Był zbyt zmęczony, głodny i spragniony, by odczuwać coś więcej niż łaknienie i senność; zastanawiał się jednak nad tym, jak do tego wszystkiego doszło. Czy naprawdę był tym samym człowiekiem, który jeszcze kilka dni wcześniej zachwycał się wojowniczą piosenką trubadura?
„Wierz w ramion swoich siłę,
A gdy zwycięża wróg,
Zgiń walcząc w krwi i pyle,
Lecz żyw nie padaj z nóg”.
Wiedział, że nie okazał się tchórzem. Nawet się nie bał, a mimo to teraz był bezbronnym jeńcem.
Dzięki swemu wykwintnemu ubiorowi i dworskim manierom Franciszek nie został uwięziony razem ze zwykłymi żołnierzami, tylko wśród szlachciców. Pozostał w niewoli przez okrągły rok. Musiała to być dla niego przykra odmiana po swobodnym, beztroskim życiu w Asyżu. W tamtych czasach jeńców nie traktowano zbyt łagodnie – również tych szlachetnie urodzonych – i nawet jeśli Franciszek i jego towarzysze nie cierpieli szczególnych niewygód, długotrwałe zamknięcie samo w sobie było trudne do zniesienia. Na Franciszku niedola nie odcisnęła jednak silnego piętna. Armia Perugii nie mogła uwięzić jego fantazji. Jego współwięźniowie w zdumieniu słuchali, jak opowiada o swoich nadziejach i planach na przyszłość: o bitwach, które stoczy, o sławie, jaką zdobędzie; o pięknych damach, które obdarzą go uśmiechem. Uwielbianym przezeń dzielnym rycerzom – Gawainowi, Tristanowi czy Lancelotowi – również zdarzało się dostać do niewoli, lecz później udawało im się odzyskać wolność i walczyć jeszcze lepiej niż kiedykolwiek. Franciszek marzył więc o wojennej sławie i przechwalał się z dumą:
– Zobaczycie, że kiedyś cały świat będzie mnie podziwiał.
Mimo dumy i chełpliwości Franciszek zachował swoją łagodność i skłonność do okazywania współczucia każdemu, kto się czuł nieszczęśliwy. Jeden z jeńców był tak próżny i irytujący, że żaden z jego towarzyszy nie chciał się z nim zadawać. Biedak przesiadywał ponuro na uboczu, z zachmurzoną twarzą i głową pełną czarnych myśli. Piosenki, gry i żarty, na których inni spędzali długie godziny, sprawiały, że siedząc w kącie wydawał się jeszcze bardziej samotny. Franciszek nie mógł patrzeć na jego smutną, zgorzkniałą twarz. Wielokrotnie wymykał się z hałaśliwego towarzystwa, aby serdecznie porozmawiać z samotnym rycerzem i krok po kroku, okazując wrodzoną życzliwość, jakiej jeszcze nikt nigdy się nie oparł, zdobył serce nieszczęśnika. Dzięki dobrej woli kochanego przez wszystkich chłopca, ofiara i jej dręczyciele zaprzyjaźnili się w końcu ze sobą i w wielkim więzieniu zapanował pokój.
Przez całą długą zimę pani Pika spoglądała smutnymi oczyma w kierunku wież Perugii po drugiej stronie doliny. W zaciszu swego serca zastanawiała się, jaki też los spotkał jej kochanego chłopca. Czy był chory, cierpiący i samotny? Kiedy będzie mógł do niej wrócić? Wciąż jej się zdawało, że słyszy jego śpiew, tak jak owego ranka, kiedy beztrosko wyjeżdżał na swoją pierwszą bitwę:
„Niech każdy będzie gotów
By wszystko z siebie dać,
Lśnią tarcze, włócznie, groty
I radość w sercach gra”.
Gdyby bryza wiejąca poprzez długą dolinę mogła przynieść z Perugii wesoły głos więźnia, pocieszyłoby to trochę jego matkę.
Zarówno na wolności, jak i w więzieniu, serce Franciszka z Asyżu zawsze pozostawało sercem poety, sercem trubadura. Dzięki temu, że jego kompani zachowali we wdzięcznej pamięci śmiech i piosenki, które pozwalały im znieść niewolę, historia jego wesołości dotarła do nas po ponad siedmiuset latach.
cdn.
Sophie Jewett
Powyższy tekst jest fragmentem książki Sophie Jewett Święty Franciszek. Opowieść o Trubadurze Pana Boga.
Czytaj więcej z tej książki:
Trubadur Pana Boga. Dziecko sprzed wieków
Trubadur Pana Boga. Młody trubadur
Trubadur Pana Boga. Młody żołnierz
Trubadur Pana Boga. Do broni!
Trubadur Pana Boga. Na nowej drodze
Trubadur Pana Boga. Życie innego
Oglądaj ilustracje z tej książki:
Święty Franciszek - Trubadur - galeria
Przedruk tekstu jest możliwy jedynie za podaniem klikalnego źródła.
|