|
Nie było żadnych wątpliwości. Falisława naprawdę wierzyła, że sławny mnich z Krakowa może uczynić cud. Klęcząc u jego stóp, wyczerpana i przemoczona po całonocnym czuwaniu na brzegu rzeki, ponowiła rozdzierające serce błagania.
– Jestem wdową, ojcze Jacku! Piotr był moim jedynym synem. Och, w imię Boże, oddaj mi go, proszę!
Była to prawdziwa tragedia i Jacek ponownie uniósł rękę, błogosławiąc udręczoną matkę. Ukląkł potem przy martwym ciele, które właśnie przed nim położono. Zbadał je delikatnie i twarz mu lekko drgnęła. Piotr był przystojnym młodzieńcem w wiośnie życia – silnym i dobrze zbudowanym.
Modląc się nad zmarłym chłopakiem, Jacek wspomniał dzień sprzed blisko dwóch lat, gdy ojciec Dominik przywrócił do życia młodego siostrzeńca kardynała Orsiniego. Kiedy wszyscy ponaglali go, by modlił się o odwrócenie praw natury, Święty najpierw się zawahał. Jednak po odprawieniu Mszy Świętej rozkazał Napoleonowi powstać ze zmarłych w imię Jezusa Chrystusa.
– Och, ojcze... ojcze... – zawodziła Falisława, biorąc zamyślenie mnicha za brak zainteresowania jej nieszczęściem.
Jacek wyciągnął dłoń w geście pocieszenia, po czym westchnął i odwrócił się. Niestety! Cóż mógł uczynić on, niegodny uczeń Dominika. Ale gdyby to była sprawa oddania chwały Bogu... odnowienia wiary wśród tłumu pielgrzymów... serce Jacka niemal przestało bić na tę myśl.
Pochylił się nagle i ujął sztywną dłoń młodzieńca.
– Piotrze, niech nasz Pan Jezus Chrystus, którego chwałę głoszę, przywróci cię do życia za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny!
Jego słowa zabrzmiały wyraźnie w świeżym grudniowym powietrzu, ale nim ktokolwiek pojął ich pełne znaczenie, tłum wydał okrzyk. Syn Falisławy, martwy od blisko dwudziestu czterech godzin, poruszył się i wstał. Po chwili szczęśliwa matka trzymała go w ramionach. Natychmiast zapomniano o świętym Stanisławie i planowanej pielgrzymce na Skałkę. Kobiety i mężczyźni tłoczyli się teraz wokół Jacka w histerycznej niemal radości, by ucałować jego rękę, dotknąć habitu, uprosić o błogosławieństwo dla siebie i rodziny. Nikt dotąd nie widział takiego cudu jak ten i nawet najmłodsi uczniowie Jacka otrzymali swoją porcję pochwał. Ci chłopcy w biało-czarnych habitach Zakonu Kaznodziejskiego sami przecież byli bliscy świętości. Czyż nie mieszkali z Jackiem i nie byli przez niego szkoleni?
Radosne zamieszanie na obu brzegach Wisły trwało blisko godzinę, ale Jackowi udało się w końcu przywrócić spokój. Głosem pełnym emocji poprosił pielgrzymów, by pohamowali swoje dziecinne uwielbienie dla niego. Niedawny cud należało przypisać raczej świętemu Stanisławowi, a nie biednemu mnichowi kaznodziei.
– Przyjaciele! – zawołał ze łzami w oczach. – Istnieje tylko jedno wyjaśnienie porannego cudu. Bóg chce, byśmy poznali Jego moc i chwałę Jego świętych. Chce, byśmy oddali Mu się całkowicie, aby mógł odwzajemnić nasz skromny dar, oddając nam samego siebie. A gdy już znajdzie się w naszych sercach, jak łatwo będzie nam zrozumieć prawdziwy sens miłości!
Tłum, rozradowany przywilejem oglądania cudotwórcy, siadał, by wysłuchać kazania, gdy Jacek nagle skinął na swych braci i zaczął oddalać się od brzegu rzeki. Inni mogli zapomnieć o świętym Stanisławie, ale on nie. Setki osób czekały w tej chwili w katedrze na święte relikwie. Z tego powodu należało natychmiast rozpocząć pielgrzymkę na Skałkę.
Historia wskrzeszenia Piotra przyniosła oczywiście świętemu kaznodziei jeszcze większą sławę. Nim upłynął kolejny rok, doniesiono o nowych cudach. 30 maja 1222 roku ojciec Jacek uzdrowił dotkniętą paraliżem kobietę, która od ponad sześciu tygodni nie mogła także mówić. 30 września tego samego roku jego modlitwy uzdrowiły inną kobietę, doprowadzoną do szaleństwa przez silne bóle głowy. Były też inne łaski – może mniej spektakularne, ale równie prawdziwe – i gdy Jacek zaczynał trzeci rok pracy duszpasterskiej w Krakowie, wiedział, że cieszy się tu miłością i szacunkiem wszystkich. Szczególny dar od Boga sprawił, że nie miał w całym mieście ani jednego wroga.
Na początku roku 1223 naprawy i przeróbki w kościele i klasztorze Świętej Trójcy zostały zakończone. Ogłoszono, że 25 marca, w dniu święta Zwiastowania, zakon braci kaznodziejów obejmie swoją nową posiadłość. Po uroczystej ceremonii poświęcenia wszystkie budynki zostaną otwarte dla zwiedzających. W drodze specjalnej dyspensy nawet kobiety będą mogły przestąpić próg klasztoru.
Wśród znanych osobistości, które wypełniały tego ranka kościół Trójcy Świętej, był Grzegorz Krescentyn, włoski kardynał przysłany do Polski jako legat papieski przez Honoriusza III. Był z nim ojciec Jakub, jego siostrzeniec i sekretarz. Został on wyświęcony w Rzymie w bardzo młodym wieku, bo wyróżniał się wśród studentów teologii. Teraz miał około dwudziestu pięciu lat, a ci, którzy znali jego nieprzeciętne zdolności umysłowe przewidywali, że pewnego dnia zostanie biskupem – a może nawet kardynałem!
– Ten młody ksiądz to jeden z największych umysłów w Rzymie – mówili między sobą. – Wuj naprawdę może być z niego dumny.
Ojciec Jakub, chociaż dobro dusz leżało mu na sercu, cieszył się z perspektywy zajęcia wysokiego stanowiska w Kościele. Wiedział oczywiście, że przyjaciele nie są nieomylni. Istniała możliwość, że nigdy nie zostanie biskupem, bo jakaś poważna choroba czy wypadek przeszkodzi mu w objęciu odpowiedzialnego stanowiska. Była jednak szansa, że jeśli dobrze wykona swoją pracę w Polsce jako sekretarz wuja, we właściwym czasie zostanie wezwany z powrotem do Rzymu. Wtedy, jak Bóg zechce, Ojciec Święty poprosi go do siebie, pogratuluje dobrze wykonanego zadania... i wypowie cudowne słowa, że zamierza go awansować do ważniejszej funkcji w Kościele Bożym.
Takie myśli zaprzątały umysł ojca Jakuba, gdy wraz z wujem kardynałem zajmowali miejsca w kościele Świętej Trójcy. W Krakowie był zimny i wietrzny dzień, a na ziemi leżała śnieżna pierzyna. Na obrzeżach miasta można było się poruszać tylko saniami. „Ale tysiąc dwieście kilometrów stąd na południowy zachód na pewno jest inaczej”, myślał Jakub. „Do Włoch z pewnością zawitała już wiosna. Przydrożne drzewa wypuszczają pąki, a fiołki i inne wczesne kwiaty upiększają osłonięte ogrody przy domu jego ojca. Jak dobrze byłoby znów znaleźć się w Rzymie – słyszeć łagodną melodię ojczystego języka i zwiedzać wspaniałe kościoły i świątynie największego miasta świata...”
Nagle z tyłu kościoła dało się słyszeć jakieś poruszenie i wszyscy domyślili się, że to ojciec Jacek przybył ze swoją wspólnotą. Po chwili on i jego bracia przeszli procesją nawą główną do sanktuarium, gdzie czekał już na niego biskup Iwo w towarzystwie kanoników katedry. Potem miała nastąpić oficjalna prezentacja kościoła i klasztoru, po której Jacek odprawi Mszę Świętą. Następnie wejdzie na ambonę, by wyrazić swą wdzięczność w specjalnym kazaniu. Na koniec księża i świeccy odśpiewają wspólnie Te Deum i udadzą się do klasztoru na inspekcję.
Ojciec Jakub wstał wraz ze wszystkimi, gdy procesja weszła do kościoła. Czuł się całkiem zwyczajnie i z radością przyłączył się do śpiewania znajomej melodii Litanii do Wszystkich Świętych. Ale gdy dwa szeregi ubranych na czarno-biało mnichów, prowadzonych przez najmłodszych nowicjuszy, szły w stronę sanktuarium, jego serce zaczęło bić niespokojnie. Odwrócił się nieznacznie i zobaczył Jacka zamykającego procesję. Na ustach miał łagodny uśmiech, a w oczach jakiś nieziemski blask. A gdy Jakub spojrzał w te oczy, stało się coś dziwnego. Miał uczucie, jakby święty kaznodzieja z Krakowa był magnesem, a on tylko bezwolnym kawałkiem metalu.
„Chodź, synu” – zdawał się mówić mnich. „Przyjdź służyć Bogu tak, jak On tego chce.”
Reszta poranka minęła jak sen. Ojciec Jakub uczestniczył we Mszy najlepiej, jak potrafił, i słuchał płomiennych słów Jacka, ale cały czas miał wrażenie, jakby znajdował się poza swoim ciałem. Wuj spytał go parę razy, czy dobrze się czuje i po każdym takim pytaniu Jakub szybko wracał do rzeczywistości. Tak, tak, oczywiście, że czuje się dobrze. Dlaczego miałoby być inaczej? A jednak w głowie wciąż kołatały mu słowa, jakich nigdy nie spodziewał się usłyszeć.
„Zostaniesz bratem kaznodzieją. Nim skończy się dzień, poprosisz ojca Jacka, by oblókł cię w habit”.
Jakub nie mógł w to uwierzyć, choć wiedział, że to musi być prawda. Łaska Boża spłynęła na niego z taką mocą, że nie mógł jej się oprzeć. Jest już księdzem, a teraz uświęci swoje życie w jeszcze większym stopniu, zostając zakonnikiem. Tak, zrzeknie się praw do wszelkiej własności, szacunku i chwały, jakimi mógłby się cieszyć, pozostając w świecie. Złoży nawet ślub posłuszeństwa równemu sobie człowiekowi i w ten sposób odda siebie w całkowitej ofierze Bogu.
Wiadomość ta wywołała ogólną konsternację. W rzeczy samej, książę Leszek, panowie, kler diecezjalny, a nawet biskup Iwo nie mieli pewności, że Jakub dobrze robi. A Grzegorz Krescentyn, legat papieski i wuj młodzieńca, był święcie przekonany, że cała ta historia jest jakąś okropną pomyłką.
– Nie masz zdrowia, by prowadzić życie zakonnika – stwierdził kategorycznie. – Pomyśl o tylu dniach postu! Wstawaniu w środku nocy, by odśpiewać oficjum. O, Jakubie! Nie jesteś przyzwyczajony do takich niewygód.
Z tym młody ksiądz się zgodził. Ale czyż nie mógł wyrównać tego niedostatku jak inni? A jeśli chodzi o brak kondycji do prowadzenia takiego życia – cóż, czy o tym nie powinien decydować Bóg?
– Nie ma sensu się sprzeczać, wuju – zakończył spokojnie. – Podjąłem już decyzję. Jeśli ojciec Jacek chce, bym był w jego zakonie, zostanę mnichem.
Jacek oczywiście tego chciał. Nim minął następny tydzień, przyjął Jakuba do swojej wspólnoty. I uczynił to z prawdziwą radością, bo niebo objawiło mu przyszłość młodego Włocha. Wiedział, że któregoś dnia ten nowy mnich uczyni wielkie rzeczy dla dusz. Pojedzie do Konstantynopola, by pokierować tamtejszym konwentem braci kaznodziejów. Na koniec zostanie prowincjałem zakonu w Polsce, jako następca ojca Gerarda i ojca Czesława na tym ważnym stanowisku.
W miarę upływu czasu Jacek przyjmował do nowego klasztoru kolejnych młodych mężczyzn. Do roku 1224 założył drugą siedzibę zakonu w Polsce. Miało to miejsce w Sandomierzu, około sto sześćdziesiąt kilometrów na północny wschód od Krakowa. W tym samym czasie przygotowano plan założenia trzeciego klasztoru – w Opawie, sto sześćdziesiąt kilometrów na zachód od miasta.
Święty kaznodzieja był szczęśliwy, gdy uświadomił sobie, że wreszcie rozprzestrzenia wiarę w Polsce. Ale choć jego serce się radowało, wiedział, że inne, trudniejsze pola misyjne czekają na pracowników. Na przykład Prusy, dziki i niebezpieczny kraj nad Bałtykiem. Z pewnością były też szanse w Danii, Szwecji, Norwegii...
– Najdroższa Matko, daj mi, proszę, łaskę pracy w tych krajach – modlił się często. – Spraw, bym pomógł tam wielu ludziom poznać Twego Syna, kochać Go i spełniać Jego wolę.
15 sierpnia 1224 roku, w święto Wniebowzięcia, Jacek był w kościele Świętej Trójcy w Krakowie. Dobiegała druga w nocy i bracia skończyli właśnie śpiewać jutrznię i laudesy. Gdy wrócili do swych cel, by podjąć przerwany sen, Jacek pozostał na miejscu, rozważając znaczenie Wniebowzięcia.
– Błogosławiona Matko, żyłaś na tym świecie sześćdziesiąt lat. Potem Bóg wezwał Cię do siebie. Ale zamiast pozwolić, by Twe ciało obróciło się w proch, wysłał anioły, by zabrały Cię do nieba. Och, Matko, jakie to cudowne! W tej chwili Twoje ciało jest uwielbione i doskonałe. Nie musiałaś czekać do dnia ostatniego, tak jak my grzesznicy...
Jacek modlił się z zamkniętymi oczami, więc z początku nie był świadomy, jak niezwykłe i piękne światło otacza figurę Najświętszej Dziewicy koło głównego ołtarza. Ale nagle spojrzał w górę i serce niemal przestało mu bić z radości. Królowa Niebios stała przed nim! Postać młodej kobiety ubranej w biało-złotą szatę zajęła miejsce posągu i uśmiechała się teraz do niego z czułością.
– Raduj się, Jacku – powiedziała, a Jej głos brzmiał jak najsłodsza muzyka. – Twoje modlitwy podobają się mojemu Synowi. Odtąd wszystko, o co Go poprosisz w moim imieniu, będzie ci dane.
Mnich nie śmiał się poruszyć. Jakże piękna była Najświętsza Panna! Jaka macierzyńska! Jaka przyjazna! Nagle poczuł, że też musi przemówić. Musi poprosić o nadzwyczajną łaskę, którą długo ukrywał w swoim sercu.
– Najdroższa Matko, wysłuchaj mnie, proszę – szepnął. – Tak bardzo pragnę pewnej łaski...
Postać z jego wizji uśmiechnęła się zachęcająco.
– Tak? A jakiej?
Mnich nagłym ruchem wyciągnął ramiona do Królowej Niebios.
– Och, Matko! Chcę zanieść prawdziwą wiarę do całej północnej Europy! Tak, i chcę ją zanieść także na Ruś. Czy pobłogosławisz moim wysiłkom? Czy dasz mi potrzebną siłę?
Na moment w pustym kościele zapadła cisza. Potem Najświętsza Matka uśmiechnęła się.
– Mój Syn właśnie dał ci tę łaskę – odrzekła, wskazując na tabernakulum. – Jacku, ponieważ mnie kochasz i szukasz mojej pomocy, zrobisz dla dusz nawet więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Ale w zamian też chcę cię prosić o przysługę.
Mnich zdumiał się. Nasza Pani prosi o przysługę? I prosi jego? To niemożliwe. A jednak...
– Wiesz, że zrobię wszystko, o co poprosisz – zapewnił. – Powiedz mi tylko, co to jest, Matko.
– Oto moja prośba, Jacku: Przyprowadź do mnie dusze! Naucz je patrzeć na mnie jak na prawdziwą matkę! Opisz wielkie łaski, jakich Bóg pozwala mi udzielać wszystkim, którzy proszą mnie o pomoc.
Mnich powoli skinął głową. Oczywiście, że to obieca. Nigdy odtąd nie przeoczy sposobności, by szerzyć kult Matki Bożej. Gdziekolwiek będzie głosił kazania, opowie o Jej dobroci i miłości dla dusz. Nie było to wiele w odpowiedzi na wspaniałą obietnicę, jaką właśnie mu złożyła: że pewnego dnia zostanie misjonarzem całej północnej Europy, a nawet Rusi!
cdn.
Mary Fabyan Windeatt
Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Św. Jacek Odrowąż.
Czytaj więcej z tej książki:
Św. Jacek Odrowąż. Czterech apostołów
Św. Jacek Odrowąż. Nowe życie
Św. Jacek Odrowąż. Droga na północ
Św. Jacek Odrowąż. Ojciec
Św. Jacek Odrowąż. Pierwsze owoce
Św. Jacek Odrowąż. Przybycie do Krakowa
Św. Jacek Odrowąż. Początek pracy
Św. Jacek Odrowąż. Dwie obietnice
Św. Jacek Odrowąż. Praca trwa
Św. Jacek Odrowąż. Światło przybywa na Ruś
Oglądaj ilustracje z tej książki:
Św. Jacek Odrowąż – galeria
Przedruk tekstu jest możliwy jedynie za podaniem klikalnego źródła.
|