|
Franciszek i jego towarzysze zaplanowali, że pierwszą noc spędzą w Spoleto, mieście położonym ponad trzydzieści kilometrów na południe od Asyżu, przy szlaku prowadzącym do Rzymu.
Droga wiodła u stóp górskiego pasma, czasem przez dębowe, bukowe i orzechowe lasy, a czasami przecinając sady oliwne i winnice. Wreszcie doprowadziła ich poprzez otwartą równinę do Foligno, ruchliwego miasta położonego w dolinie.
Franciszek znał Foligno, często razem z ojcem przyjeżdżał handlować na tutejszym targu. Dziś przejeżdżając przez znajomy rynek wysoko zadzierał głowę. Myślał: „Wrócę tu jako sławny rycerz i już nigdy, przenigdy nie będę nic sprzedawał na targu”. Zarumienił się z dumy, kiedy jakiś przechodzień wskazał na niego i powiedział do kogoś:
– Ten młody chłopiec, ubrany i jadący konno niczym jakiś pan, to syn kupca, pana Piotra Bernardone.
Oddział zatrzymał się w Foligno, aby coś zjeść, odpocząć i przeczekać najgorętsze godziny dnia. Kiedy wszyscy z powrotem znaleźli się w siodle i zostawili za sobą bramy miasta, Franciszek nie jechał już we wspaniałej pozie i z zadartym nosem, tylko w milczeniu, z opuszczoną głową wlókł się poboczem za resztą drużyny. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, nic przecież się nie stało; drzewa były tak samo zielone, a słońce tak samo jasne, jak jeszcze kilka godzin wcześniej, jednak o ile wówczas rozpierała go duma i radość, o tyle teraz czuł się dziwnie znużony i przygnębiony. Pozostał w tyle, by jego koń mógł napić się wody z niewielkiej, czystej rzeczki Clitumnus, spływającej z gór roztańczonym nurtem i połyskującej na równinie, lecz nie rozweseliło go nawet szemranie wody. Towarzysze zauważyli jego milczenie, lecz za bardzo byli zajęci własnymi planami i nadziejami, żeby zaprzątać sobie tym głowę. Późnym popołudniem wjechali do porośniętego wspaniałym dębowym lasem wąwozu, kończącego dolinę Umbrii – po drugiej stronie leżało już Spoleto. Dalej droga poprowadziła ich wąską górską przełęczą, w której często trwały walki o kontrolę nad drogą do Rzymu. Gdzieś w chłodnym lesie śpiewały ptaki, lecz Franciszkowi po raz pierwszy w życiu wydało się, że to nie jest śpiew radości, lecz smutku.
Być może nie odzyskał jeszcze pełni sił po długiej chorobie i dlatego nie mógł wytrzymać uciążliwości konnej podróży. Cokolwiek było przyczyną jego samopoczucia, jest pewne, że kiedy oddział dotarł do Spoleto, Franciszek wylądował w łóżku z gorączką, zaś następnego dnia jego kompani ruszyli dalej bez niego.
Franciszek wcale nie chciał już z nimi jechać. Raz jeszcze, lecz tym razem z większą siłą i pewnością, uzmysłowił sobie okropność żołnierskiego życia. Kiedy leżał trawiony gorączką i z bólu nie mógł zasnąć, uleciały z niego wszystkie marzenia o chwale. Zdawało mu się, że zamiast rycerzy w lśniących zbrojach i pod wspaniałymi sztandarami widzi rozpaczające kobiety, małe dzieci błagające o jedzenie, piękne miasta opuszczone i pogrążone w ruinie.
Nie wiemy, jak dotarł do domu. Była to dziwna i przykra podróż, a na miejscu przywitało go zdziwienie ze strony tych, którzy widzieli, jak dzielnie wyjeżdżał szukać wojennego szczęścia. Choć naraził się na kpiny ze strony swych bezmyślnych kolegów oraz wyrzuty ojca i brata, jego matka była szczęśliwa, że znów może go zobaczyć i otoczyć swoją opieką. Być może jako jedyna rozumiała zmianę, jaka w nim zaszła.
Zaraz po powrocie Franciszek przeżył najsmutniejszy dzień w życiu. Choć był pewien, że podjął słuszną decyzję, straszliwie bolała go myśl, że w oczach przyjaciół okazał słabość czy wręcz tchórzostwo. Był pogrążony nie tylko w bólu, ale i w rozterce, nie wiedząc, co powinien dalej robić. Jeszcze tydzień wcześniej widział przed sobą jasną przyszłość, niczym białą drogę wiodącą przez dolinę; teraz nie mógł odnaleźć swojej ścieżki w gęstym lesie. Nie wiemy, jak długo się zamartwiał ani co porabiał w ciągu tych ponurych tygodni; wiemy jednak, że stopniowo odzyskał jasność widzenia i jego rozterki pierzchły. Było to tak, jakby w głębi lasu odnalazł właściwą ścieżkę – wąską, wyboistą i odludną, lecz prostą. Nie wiedział wtedy, że w ciągu kilku najbliższych lat setki wędrowców będą przychodzić do niego i pytać, czy mogą mu towarzyszyć na tej wąskiej ścieżce; że zamiast kogoś, kim tak bardzo pragnął być – Franciszkiem Bernardone, najsławniejszym rycerzem w Italii – będzie ukochanym przez wszystkich ludzi bratem Franciszkiem. Teraz wiedział tylko tyle, że na miejsce dawnej miłości do żołnierskiego życia oraz pragnienia, aby zostać wielkim księciem, pojawiły się w nim nowe uczucia: miłość do wszystkich nędznych, głodujących, chorych i smutnych ludzi na świecie, i pragnienie, aby ich nakarmić, ubrać i pocieszyć. Te nowe uczucia różniły się jednak od jego dawnej litości dla biedaków. Zawsze był przecież miłosierny i hojny, lubił rozdawać prezenty jak dobry opiekun; teraz był raczej jak zakochany – pełen miłości, która wydawała się tak wielka, że mogłaby objąć wszystkich mieszkańców Asyżu, wszystkich ludzi świata. I znów Franciszek czuł się szczęśliwy. Jego przyjaciele, którzy widzieli go po powrocie ze Spoleto – bladego i chorego, niespokojnego i rozczarowanego – teraz widzieli, jak jego twarz promienieje, i słyszeli jego śpiew jak za dawnych czasów. „Franciszek Bernardone znowu jest sobą”, myśleli. Kiedy jednak stwierdzili, że nie zależy mu na wspólnych ucztach i zabawach, powiedzieli: „Co za głupiec!” – i zostawili go samego.
cdn.
Sophie Jewett
Powyższy tekst jest fragmentem książki Sophie Jewett Święty Franciszek. Opowieść o Trubadurze Pana Boga.
Czytaj więcej z tej książki:
Trubadur Pana Boga. Dziecko sprzed wieków
Trubadur Pana Boga. Młody trubadur
Trubadur Pana Boga. Młody żołnierz
Trubadur Pana Boga. Do broni!
Trubadur Pana Boga. Na nowej drodze
Trubadur Pana Boga. Życie innego
Oglądaj ilustracje z tej książki:
Święty Franciszek - Trubadur - galeria
Przedruk tekstu jest możliwy jedynie za podaniem klikalnego źródła.
|