Portal optymalizowany dla przeglądarek: IE 7, Opera 9 i nowszych

n_ciekawestrony.jpg

Najpiękniejsze polskie sanktuarium maryjne
 

- N O W A  G A L E R I A -


Suren Vardanian

Dom na polanie



 -  M A G I S T E R I U M  -


Leon X

Longinqua oceani

- O katolicyzmie w USA


Naszą witrynę przegląda teraz 300 gości 
Ilość odsłon od 7 XI 2008 r. .
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter


 

 

 

 

 

Dom na polanie

Wyśmienity, światowy, ponadczasowy bestseller w wydawnictwie diecezjalnym z Sandomierza! Z wielką radością prezentujemy niezwykłą nowość – książkę Louisa Hemona „Dom na polanie. Opowieść o Marii Chapdelaine” pięknie zilustrowaną przez Surena Vardaniana. Więcej...

Tajemnice Sandomierza

Sandomierskie wydawnictwo diecezjalne pragnie Cię zaprosić w niezwykłą podróż w czasie do przepięknego królewskiego miasta pełnego tajemnic. Poznaj jedyną na świecie rodzinną strategiczną grę planszową o Sandomierzu! Więcej...

PUBLICYSTYKA

Mowa nienawiści: Jednym z najczęściej używanych argumentów dowodzących normalności homoseksualizmu jest fakt wykreślenia go ze spisu chorób w 1973 roku przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, a w konsekwencji także przez WHO. Więcej...

WIADOMOŚCI

Nienarodzone dzieci służą do rytuałów magicznych: 18 maja 2012 w bagażu Brytyjczyka policja znalazła sześć "ludzkich płodów" pokrytych złotem i napisami. Świat jest w szoku i zastanawia się: "po co ludzie to robią?". Więcej...

CIEKAWOSTKI

ONZ: aborcja i sterylizacja lekarstwem na ubóstwo: Najbliższą konferencja ONZ w Rio będzie poświęcona ochronie środowiska. Mają ją zdominować kwestie dot. kontroli urodzeń i praw reprodukcyjnych. Więcej...

PUBLICYSTYKA

Zagubiona szkoła i jej fałszywi prorocy: „Szkoła nie przygotowuje do życia, ani przyszłego zawodu” – oto główny zarzut wobec systemu oświaty, który jak mantra pojawia się w mediach. Więcej...

PUBLICYSTYKA

Po homofobii czas na transfobię: Mainstreamowe media w Polsce, m.in. Onet.pl i Gazeta.pl, od kilku dni z zachwytem eksponują zdjęcia Jenny Talackovej - transsseksualisty, który weźmie udział w nadchodzących wyborach najpiękniejszej kobiety świata. Więcej...

LITERATURA

Ból odczuwany przez poczęte dziecko: Dzięki odkryciom nowoczesnej embriologii wiemy, że podczas dokonywania aborcji płód odczuwa ból. Badania USG i EKG wykazały, że dziecko wewnątrz łona matki reaguje na ból, dotyk, światło, dźwięk, ciepło, zimno. Więcej...

DZIECIARNIA

Św. Teresa z Lisieux: Ten wspaniały dzień wydawał mi się teraz taki odległy! Przez osiem długich i nużących miesięcy będę musiała jeszcze gorliwiej pracować na moją suknię ślubną, przyozdabiając ją, najlepiej jak tylko potrafię, pięknem modlitwy i ofiary. Więcej...

Serce Pana Jezusa

Gorąco polecamy kolejną nowość wydawniczą z Sandomierza! Tym razem to zbiór klasycznych, przystępnych, szczerze katolickich kazań i rozważań wybitnych polskich kaznodziejów w całości poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Więcej...

Pąsowy liść klonu

Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu z prawdziwą przyjemnością prezentuje swą najnowszą książkę - powieść Andrzeja Sarwy o legendarnym bohaterskim poświęceniu Haliny, córki Piotra z Krępy, ratującej Sandomierzan przed Tatarami. Więcej...

http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/554179baner_Dom_na_polanie.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/857282baner_gra.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/362249rzeka.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/156334baner2.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/944988baner7.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/984376baner8.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/675643baner4.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/857434kominek.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/483044baner9.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/947686baner_Rekolekcje_z_Sercem_Jezusa.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/293706baner_Pasowy_lisc_klonu.jpg
http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/wiadomoci/6-wiadomosci/28053-dom-na-polanie http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/27596-sandomierskie-tajemnice http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28046-mowa-nienawici http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/wiadomoci/6-wiadomosci/28034-nienarodzone-dzieci-su-do-rytuaow-magicznych http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/28028-onz-aborcja-i-sterylizacja-lekarstwem-na-ubostwo http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28039-zagubiona-szkoa-i-jej-faszywi-prorocy http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28040-po-homofobii-czas-na-transfobi http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/rodzinakatolickadorosli/31-literatura/27939-bol-odczuwany-przez-poczte-dziecko http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/rodzinadzieciimlodziez/32-dzieciarnia/27937-w-teresa-z-lisieux-ycie-w-klasztorze http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/27162-rekolekcje-z-sercem-jezusa http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/26864-psowy-li-klonu
 

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 2 PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 5
SłabyŚwietny 
wtorek, 25 października 2011 14:15

O, dworze polski... jakże dziś pisać o tobie? Znamy się jakoby doskonale... i nie znamy. Czujemy cię nadal całym naszym sercem i duszą... lecz ciebie już nie ma. Tylu cię przecież opisywało, malowało, wyśpiewywało, wspominało; tyle wiemy o twoich mieszkańcach... lecz ich osobiście nie znamy; to nie nasi współcześni. Choć pragniemy, jak bardzo, aby nastąpiła zmiana... Czy zmiana czasu? Byśmy mogli uściskać ich serdecznie. Lecz przecież nie tych, z owych bezpowrotnie minionych lat, lecz tych dzisiejszych... gdyby tacy byli.

Mówiąc jaśniej i wyraźniej – abyśmy my sami poprawili się, abyśmy powrócili do dawnych dobrych obyczajów, do dobrych wzorów postępowania, boć właśnie o tym tu mowa. Abyśmy dbali o to, by drugiego uszanować, by go broń Boże niezasłużenie nie urazić, aby był rad z naszego towarzystwa. „Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą”, jak to celnie wyraził ongiś Wieszcz w swojej ponadczasowej „ważnej nauce”. Zdarza się dziś, coraz rzadziej, iż dziatwa recytuje te strofy po szkołach, na stopień. Lecz czy ona co z tego pojmuje? Czy do tych prostych zasad się stosuje?

Zmiany dokonują się w czasie, zaś czasu zawrócić się nie da. „Dom zniszczony, obrabowany, w ruinie, splugawiony, zawłaszczony, zeszpecony przez obcych... Ani śladu po moim domu... Z trudem odnajduję miejsce, z trudem poznaję miejsce, gdzie stał mój dom rodzinny, dom dziadów i pradziadów. Z trudem odtwarzam w pamięci wygląd otoczenia mego domu, choć stoję tam, gdzie on kiedyś stał... Dom stary, pobudowany dawno temu, na miejscu jeszcze starszego”. Czym zaś jest ten dom i gdzie jego miejsce, niech każdy sam sobie odpowie. Nawoływano kiedyś, by „oczyścić dom”. Lecz, skoro domu już nie ma... Czy rzeczywiście?

Co zaś do owych dosłownie pojętych domostw wiejskich, to ostała się do dziś mała ich część. Otoczenie wielu coraz mniej podobne jest do tego sprzed epoki rewolucji, wojen, zniszczeń – zdziczały dziś park, jeśli go dotąd nie wyrąbano; mętny staw, jeśli go dotąd nie zasypano wszelakim śmieciem; resztki ogrodu; odrapane zabudowania gospodarskie, jeśli ich dotąd nie rozebrano i cegły nie rozkradziono. Gdzie jest to życie, jakim tętniły owe stare siedziby? Gdzie ich niegdysiejsi mieszkańcy? Gdzież ich prawi następcy? Ech, szkoda gadać... Pustką zieje z porozbijanych okien. Gdzie to wszystko, co przez stulecia było owym źródłem, podstawą, kolumną, wiecznotrwałej kultury narodu? Lecz gdy kolumna padła, czyż nie runęło i to, co ona była wspierała? Oto nasz dzisiejszy los, u progu nowego tysiąclecia. Czy rzeczywiście? Gdzieniegdzie tli się przecież, w chłodną ciemną noc, płomyk światła w oknie dawnego domostwa – mały, samotny, nieznany. Wędruje dziś ten ogarek i do innego rodzaju siedzib, wiejskich i miejskich, by wciąż jeszcze migotać, nawet w takich miejscach, których wyglądu nasi pradziadowie chyba sobie nie wyobrażali. Niech trwa. Niech jak najwięcej ludzi dobrej woli się przy nim ogrzeje, niech go dla wszystkich starczy. Niech jak najwięcej rodaków roznieci ten płomyk w ogień wielki, dający ciepło i światło.

***

Wspomnijmy zatem owe czasy, gdy maturzysta, syn płockiego lekarza, pan Władysław Kowłowski, gościł w dni zapustne Roku Pańskiego 1919 na wsi, na zaproszenie swego szkolnego kolegi, pana Andrzeja Oliwieńskiego. Trudno przesądzić, o czym bardziej myślano w klasie maturalnej tamtego gimnazjum – czy o wojnie, czy o nauce. Mający się ku końcowi karnawał pozwalał czasami nie pamiętać ani o jednym, ani o drugim. Tak się złożyło, iż lekka na szczęście grypa nie pozwoliła na przychodzenie do pracy dwóm jednocześnie profesorom, literatury i matematyki, więc przedmiotów o znacznej liczbie godzin lekcyjnych tygodniowo. Gdy zacny dyrektor szkoły martwił się nad przebudową planu zajęć na czas nieobecności wspomnianych nauczycieli, nasi maturzyści, wspierając się odpowiednimi pismami od rodziców, wyprosili u niego kilka dni zwolnienia.

Rzecz ta może wydawać się dziwna, lecz przezorni młodzieńcy zobowiązali się przecież uroczyście przed swym zwierzchnikiem, że od powrotu z rodzinnego domu Andrzeja Oliwieńskiego aż do samej matury będą się intensywnie zajmowali już tylko nauką, z niewielką zaledwie pauzą na Święta Wielkanocne. Nikt w to nie wątpił, bowiem nasi chłopcy należeli do grona lepszych uczniów. Sprawiedliwy, acz wyrozumiały pan dyrektor pojmował dobrze i to, iż młodzi ci ludzie chcą się spotkać w szerszym gronie krewnych i znajomych, mając tę świadomość, iż podobna okazja nie prędko się zdarzy; a może nigdy, czego nie daj Bóg. Takie to były czasy, niepewne, niespokojne. Świadomość wojen „rozpalonych u ścian Rzeczypospolitej” powodowała, że spotkania towarzyskie, o ile już podejmowano się je organizować, były cichsze niż zazwyczaj, „stonowane”, jak mawiali niektórzy, bez sprowadzania orkiestry i bez tańców.

Świerzyn, mająteczek Oliwieńskich, leżał odległy od Płocka o więcej niż dzień jazdy końmi. Odkąd owa rodzina tam gospodarzyła, zatem od kilku pokoleń, udoskonalano sposób optymalnego, jak sądzono, pokonywania tego dystansu, skoro, od czasu do czasu, podróż taką trzeba było koniecznie podejmować. Aliści, pospolite sprawy miasteczkowe załatwiano w ciągu jednego nawet dnia, w nie tak odległym Sierpcu, Bieżuniu lub Żurominie, a bywało, że i w Rypinie czy Szreńsku.

Co innego z podróżą do niedawno gubernialnego, a wcześniej departamentalnego, wojewódzkiego, zaś w bardzo, ale to bardzo odległych czasach stołecznego Płocka. Drogę tę można było pokonać za jednym razem, „komunikiem”, jak mawiał Andrzej; w lecie, lecz gdy nie ma upału, i gdy konie w dobrej kondycji, nawet za jasności długiego dnia. Niemniej, po takim rajdzie obie dzielne szkapy (bo podróżowano zazwyczaj dwukonno) wyglądały jednak tak, że stajenny, czuły przecież na punkcie końskiego zdrowia, załamywał nad nimi ręce i bez krępacji upominał ostro winowajcę, choćby był nim sam dziedzic, pan Oliwieński ojciec.

Podróżowanie „cięgiem” na trasie Świerzyn – Płock zdarzało się jednak niezmiernie rzadko, raz na wiele lat. Jak się rzekło, nieczęsto odbywano takie eskapady. Gdy więc wypadało, na przykład odwieźć panicza „do szkół” lub go stamtąd przywieźć, przyjmowano inną taktykę. Jechano oto w stronę Płocka pół dnia, nocowano w Wólce u krewnych Jagoskich, z dawna przygotowanych na takie okazje, by następnego dnia przed wieczorem przybyć do miasta; tak w wersji „ekspresowej”. Gościnni Jagoscy potrafili atoli zatrzymać podróżnych na dłużej nieco niż tylko na nocleg. Ci drudzy zazwyczaj też byli nie od tego, by odmówić. Różnie więc się działo z tą podróżą, bo nie raz przecież przeznaczano na nią nie owe półtora dnia, lecz całe dwa, trzy, bywało że więcej.

Można też było korzystać z pocztowego omnibusa. Jazda nim wypadała jednak dłużej niźli własnym zaprzęgiem, albowiem omnibus jechał trasą krętą, odwiedzając wszystkie okoliczne miasteczka, by spełnić pocztową usługę. W takim pojeździe mogło nie starczyć miejsc, mogło być ciasno... no i trzeba było zapłacić za podróż, nie tak wiele, lecz jednak. Zatem, na obszarze prastarej Ziemi Płockiej, jak wtedy, tak i wcześniej, podstawowym środkiem komunikacji był poczciwy i kochany koń, przeważnie w zaprzęgu, coraz rzadziej pod wierzch. Automobil wciąż stanowił absolutną rzadkość, zaś szlaki kolejowe wtedy jeszcze tę ziemię omijały. Gdy więc zamierzano dostać się z tamtych połaci kraju do stołecznej, szumnej Warszawy, decydowano się, czy z Płocka, Dobrzynia lub może Wyszogrodu płynąć statkiem wiślanym, czy też jechać końmi do odległego Modlina, a stamtąd koleją. Zależało to wszakże od motywów takiej podróży, miejsca z którego wyruszano, pory roku i bieżących kosztów przejazdu. Niektórzy zaś udawali się z Płocka za Wisłę, dalej końmi do Kutna lub Żychlina, i stamtąd zażywali podróży drogą żelazną. Ale, ale... przecież i na podpłockich polach pojawiły się wtedy, u progu tej nowej niepodległości, rzędy palików wyznaczających przyszły kolejowy szlak, ustawiane tam staraniem pana burmistrza Macieszy i skupionej wokół niego grupy obywateli.

Zimą natomiast, zwłaszcza po nowym śniegu, jak w tamte zapusty pamiętnego 1919 roku, najwłaściwszą na trasie Płock – Świerzyn była podróż saniami, czyli sanna; wtedy już koniecznie z przemiłą wieczerzą i nocowaniem po drodze u jak zawsze gościnnych Jagoskich. Tak właśnie podróżowali i nasi maturzyści. Uprzedzeni oczywiście o wszystkim krewni pana Andrzeja postanowili nawet połączyć przyjemne z pożytecznym. Wysłany przez nich do Płocka z pilnymi sprawunkami woźnica Szymon, miał nazajutrz zabrać młodzieńców do Wólki. Sami państwo Jagoscy uprzedzali listownie, i pana Andrzeja, i jego rodziców, by ich, broń Boże, źle nie zrozumiano, lecz tym razem nie mają nawet zamiaru zatrzymywać podróżnych u siebie na dłużej, wiedząc, jak pilno młodzieńcom na przyjęcie do Świerzyna. Poczciwi Jagoscy tam jednak nie pojadą, a to z powodu nieoczekiwanych kłopotów zdrowotnych pana Jagoskiego; niegroźnych zapewne, jednak niezapowiadających się, by dość rychło ustąpiły. Donosili zarazem przezacni Jagoscy, że wysyłają do Oliwieńskich obie swe córki, licząc na opiekę nad nimi, tyleż ze strony państwa gospodarzy, co wszystkich dostojnych gości, w tym młodzieży, której gromadka zapowiadała się z przybyciem.

Tak więc nasi dziarscy „gimnaziści”, odziani w futrzane kapuzy, baranice i kożuchy, z nogami okrytymi grubą derką, sunęli pośród jasności zimowych, prawie pustym o tej porze, starym bielskim gościńcem. Andrzej Oliwieński, oprócz Władysława Kowłowskiego, zaprosił do siebie jeszcze dwóch szkolnych kolegów z Płocka, braci Jana i Piotra Rząsewiczów, synów tutejszego adwokata. Ci, oprócz wielu innych cech mieli i tę, że byli bliźniakami, więc ludziom postronnym nie od razu udawało się ich rozróżnić. Starego Szymona uprzedzano, że ma zabrać z miasta czterech młodzieńców. Gdy sanie zajechały przed świtem pod dom Rząsewiczów, bracia byli już gotowi. Jan umieścił właśnie pod siedzeniem swój podróżny kuferek, zaś Piotr był jeszcze w budynku i żegnał się z rodzicami. Gdy więc Jan w tym samym celu powrócił do domu, w drzwiach ukazał się właśnie Piotr ze swoim kuferkiem.

– A gdzież czwarty panicz? – wołał Szymon. – Czy nie wstał jeszcze z łóżka? Niech no i on przyjdzie, co by nam przed wieczorem jaka kurzawa drogi nie poplątała. Bo dzień krótki, zaś droga daleeeka...

Gdy Jan Rząsewicz pojawił się ponownie w świetle rozpraszających zimowy mrok podróżnych latarni i stanął obok brata, stary Szymon osłupiał. Nim pojął w czym rzecz, sanie trzęsły się od gromkiego śmiechu, aż biedny woźnica ściągać musiał konie, by nie poniosły.

– Ech... tak zadrwić ze starego. Nie wstyd to? – śmiał się jednak z młodymi Szymon, bijąc się po udzie odzianą w rękawicę dłonią.

– Niech się Szymon nie gniewa; i nie ma pretensji, że czcigodna pani matka dwóch ich takich samych porodziła. Nieczęste to wyróżnienie Niebios...

– Prawda jest – odparł stary sługa. – A i u nas, we dworze, we Wólce, dwie panny są... przecie nie bliźniaczki. Między niemi niecałe dwa lata różnicy. No, bodaj tam... Skoroście się już panicze usadowili wygodnie i od mrozu okryli, czas ruszać... w Imię Boże. – Przeżegnał się, a wraz z nim uczynili to młodzi pasażerowie.

Sanie ruszyły więc cichutko pośród szeregów płockich kamieniczek, w nie nocnym już, lecz przedrannym, rozwidnionym mroku. Opięte chmurami niebo jaśniało na wschodniej stronie. Nowy, biały, choć wilgotny już śnieg pokrywał mazowiecką krainę wraz z jej wioskami, przycupniętymi w tej bezkresnej bieli, widocznymi z bliska i z oddali, z sunących drogą sań. Ponad chałupy wzbijały się wstęgi dymu, popod niebo poranka, rozmarzone, szarawe, miejscami rozjaśnione skrawkami błękitu. Blada tarcza słoneczna stała nisko, przezierając pośród chmurnych zasłon. Mróz wprawdzie trzymał jeszcze, lecz już nietęgi. Płozy sań szemrały z cicha, raźno stąpały po śnieżnej pokrywie kopyta końskie. Raz i drugi szkapa zarżała wesoło.

– Zdrów, zdrów, na pogodę! – wołał siedzący na koźle Szymon i cmokał głośno, najpewniej w odpowiedzi poczciwemu stworzeniu.

Wszystkie te, a i inne odgłosy, słyszane były dobrze, niezagłuszone, bowiem woźnica nie założył do podróży rozmaitych mosiężnych „trzęsień” i „brzęczeń”, którymi tak chętnie opatrywano zaprzęgi w mięsopustny czas; „boć to, paniczu, podróż daleka, a nie jakowyś kulig”.

Jednakowoż, radość rozpierała młodzieńcze serca, nozdrza chwytały ostre, krystalicznie czyste powietrze, zaś mroźny powiew krasił policzki. Nad głowami przepływały na tle nieba nagie konary drzew, którymi wysadzana była szosa. Ach... chciało się żyć.

– Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój... – zaczął Andrzej Oliwieński.

Wnet zawtórowały mu inne głosy; zgodnym dźwięcznym chórem buchnęło ku zimowemu niebu:

Na łów, na łów, na łowy
Do zielonej dąbrowy,
Towarzyszu mój...

I niosła się na białe pola i ku oszronionym smugom lasów ta stara pieśń, a po niej inne. Jakby odzew dla naszych podróżnych, z dali, ode wsi, do której właśnie się zbliżali, rozebrzmiały odgłosy kapeli – skoczne, zrazu ciche, po chwili zadźwięczały dość już wyraźnie.

– Zapustnicy pewnie – rzekł Szymon, odwracając się ku młodzieńcom. – Pozawczora, kiedym tędy jechał, też tak dokazywali. Ja im wtedy na to: „Nie za siumnie to sobie poczynacie? Przecie wojny naokoło... Nasze chłopaki tam giną...”.

– I cóż odpowiedzieli?

– Ano... gadali jeno, że tam u nich doma wszystka zdrowi... Zaś wojny, i owszem, są... ale daleko stąd. I wołali jeszcze do mnie: „Przecie to mięsopust, przecie ostatki... To nie wiecie, kumie, że trza się weselić w ten czas?”. I powiadał taki, że przyjdzie zara post, to się wtedy bedziem smucić, jak przystało... No, i gadaj tu z nimi... Ech...

– Lecz po prawdzie i w samym Płocku coraz to huczą muzyki – zauważył któryś z chłopców, ku niejakiemu zdziwieniu starego woźnicy. – Bywa, że ludziska najpierw strajkują, tym sposobem wymuszają większą dla siebie zapłatę, a gdy już ją otrzymają, to się bawią z radości i beztrosko puszczają pieniądze. Proste. Skoro nikt takich praktyk nie zabrania lub raczej nie ma siły, aby zabronić. Lekko przyszło, lekko poszło...

– Co panicz powie?... – kręcił głową Szymon. – Toć naszemu narodowi zupełnie się we łbie odwróciło.

– Nie dość na tym – dodał inny pasażer. – Przecież i wojsko w koszarach balowało, i panny z najlepszych domów uroczyście na bal zapraszało.

Wjechali do wsi. Opodal gościńca, na majdanie lub raczej ryneczku, przed wielkim domostwem na kształt karczmy stało kilka sań; kręcili się także ludzie. Do uszu podróżnych, oprócz skocznych obertasów i krakowiaków wycinanych przez muzykantów, dochodziły śmiechy, piski dziewczęce i nawoływania.

– Нос, hoc! Jadą, jadą! – zaczęto pokrzykiwać, dostrzegłszy sanie naszych młodzieńców. Po chwili pojawiły się opodal cudaczne figury przebierańców: turoń, bocian, baba w pstrej kiecce, czarniawy cygan, niedźwiedź cały ze słomy ukręcony, żuraw, koza i jakie tam jeszcze.

– Szymonie, a zostaniemy tu na popas? – zapytał rozochocony nieco Andrzej. Inni chłopcy też jęli o to prosić.

– A juści, tak przecie zamiarowałem... bo tu i konie dobrze odkarmią, i nie za drogo za to wezmą – odparł stary, kiwając głową na znak pełnej zgody. – I w izbie się trochę rozgrzejem. A potem, bo to niebawem będą dzwonić, na Mszę Świętą do tego oto kościółka się udamy, skoro nam w sam dzień niedzielny podróżować przyszło.

W ostatki, a osobliwie w kusy wtorek, do którego pozostawały zaledwie dwa dni, wieś bawiła się więc, jak kto mógł, potrafił i chciał. Bo też zawsze swawolono w tym szczególnym okresie roku. Te zaś, co by nie mówić, były to pierwsze ostatki w niepodległej Polsce. Czy ktoś tę szczególną okoliczność dostrzegał, czy się nad nią zastanawiał? Podobnej zmiany dziejowej najstarsi ludzie pamiętać nawet nie mogli, zaś ta obecna była na tyle niezwykła, że dla wielu jeszcze niepojęta. Dokazywano więc, igrano i tańcowano, niejako z rozpędu, mocą odwiecznego obyczaju, choć coraz to docierały w te okolice wieści o toczących się wciąż wojnach, chociaż roztrząsano wypadki z końca minionego i początków tego roku, rozprawiano wokoło o okolicznościach owych rozruchów i starć, i tych bliższych, w nieodległym Bielsku, i w innych miejscach.

– A to ci Gody były... że takich nie daj Bóg – wspominano przy szklenicach, w owym zajeździe, gdzie młodzieńcy się zatrzymali. – A przecie zapusty tera, i przednówek za pasem... No, w postny czas może się ludziska opamiętają... Ale, ciężko jest, oj ciężko...

– Weźcie, za Niemca, za kajzera, jeszcze tej jesieni... Czy możliwe były po dworach i folwarkach takie rozruchy? W biały dzień? Zaraz by ziandary wyłapały toto i zaareśtowały...

– Prawda jest! Bo wtedy Niemcy wciąż były mocne, o... i to jak bardzo. Później nastał u nich bałagan, a jakże, i ponoć kłębi się tam jeszcze, jak powiadają.

– I u Madziarów, słychać, że źle się dziać zaczyna. To by było... Rewolucyje dookoła, a my nieboraki pośrodku.

– A to, co teraz jest, tu u nas, toć słabe przecie... Mój Boże... Polska miała być, ale czy ona się utrzyma? Lud, panie, wygłodniały, po takiej wielkiej wojnie... on sam prędzej tę Polskę rozszarpie zanim obcy ją dobiją.

– Rozszarpie, albo i nie... To zależy od tego, kto go poprowadzi.

– Juści... Więc kto, na ten przykład, fornali i chłopów na dwór w Kozłowie prowadził? Aaa? Kto szczuł i podjudzał, że aż polskie wojsko nasze, ułany kochane, zamiast tam gdzieś, hen daleko te bezery bić, to musiały tu, u nas, przed swoimi ludźmi się bronić? Aaa? Kto temu winien, pytam... no kto?

– Racja! Są przecie winowajcy... Łajdaki, wstydu żadnego nie mają! I toto rozzuchwala się przeciwko komu? Przeciw kobiecie, dziedziczce, która we dworze sama jeno z dziećmi ostała, bo mąż poszedł był do wojska. Ooo, nie tak by dygało to tałatajstwo, gdyby pan dziedzic był doma. Ale pan poszedł Ojczyzny bronić, to to się zaraz ruszyło... Huzia, przeciw bezbronnej kobiecinie... Zaś takich przypadków więcej było.

– Tak powiadacie? A gdzie pan dziedzic był doma, jak mówicie... to i na niego samego nastawały i zamordować chciały. I co na to powiecie?

– Skaranie Boskie! Obraza Boska! Wstyd i hańba! Toć to nie tak być miało. Miała być wolna Polska, nie zaś jakowe napady, zamieszki, sztrejki. O, laboga... Bolszewię chcą tu u nas zaprowadzić, jakby w Rosyi nie dość było...

Tak gawędzono w owym czasie przy piecu i szklenicy grzanego piwa, gdy zima roku 1919 nie ustąpiła jeszcze swych praw przedwiośniu. Takim właśnie rozmowom mogli się, chcąc nie chcąc, przysłuchiwać nasi młodzieńcy na popasie. Oni także znali te nie tak dawne zdarzenia, wciąż przywoływane w ludzkiej pamięci. Co też przyniosą najbliższe miesiące?

Kapela rżnęła do wtóru, od ucha, zadzierżyście; wszak to zapustna niedziela. Dziewczęta się śmiały, chłopcy pokrzykiwali, podłoga z sosnowych płazów dudniła pod nogami nielicznych wprawdzie tancerzy. Zapustni przebierańcy zaczepiali obecnych, dość taktownie, lecz starając się nikogo nie ominąć. Czterem maturzystom też się dostało, pośród ogólnej wesołości, która zaraz przecież skierowała się dalej. Działo się to, przypomnijmy, wtedy jeszcze, gdy nad stołeczną Warszawą górował potężny Sobór Aleksandryjski, wzniesiony jako znak nieodwołalnej władzy wschodniego imperatora nad Krajem Przywiślańskim. Takoż i w do niedawna gubernialnym Płocku czerwieniała swymi murami pokaźnych rozmiarów garnizonowa cerkiew, zamykająca rozległy Plac Floriański swą rusko-bizantyjską fasadą. Wojsko Polskie zajmie ją na kościół garnizonowy, później zostanie rozebrana. Losy owej stołecznej budowli będą całkiem podobne.

Każdy jednak, stary czy młody, mógł dostrzec coś nowego, czego nie było dotąd – mianowicie brak obcych mundurów, obcych napisów, dźwięków obcej mowy. Wielu zdołało już zapomnieć o wschodnim mużyku, sołdacie, o zachłannym i przekupnym czynowniku, żandarmie, stupajce. Wielu nie pamiętało już pewnie i „śwaba”, który jeszcze niecałe pół roku temu brał, inni mówią, rekwirował co się da, po wsiach i miastach, grożąc karabinem, chłostą, sądem doraźnym i więzieniem. Owi okupanci rabowali wszystko. Swego czasu podnieśli przecież swą świętokradczą rękę nawet na kościelne dzwony, z których niejeden udało się jednak naszym konspiratorom zdjąć wcześniej i ukryć. Wiadomo, życie toczy się dalej, a po wojnie następuje upragniony pokój; ten zaś leczy wojenne rany.

Owszem, jesienią ciągnęły na północny zachód oddziały niemieckich żołnierzy. Powiadano, że niektóre bez oficerów, co samo przez się było nowością. Gdzieś tam chłopcy z POW strzelali do nich, broń zdobyli. Liczni Niemcy nawet chętnie ją oddawali – oto kolejna nowość. Natomiast Wisłą płynęły na barkach duże i karne formacje niemieckie, niepewne czy Polacy tak łatwo wypuszczą je do Vaterlandu. Ich dowódcy podejmowali z naszymi pertraktacje; oni – tego także dotąd nie było. Ot, nawet w Rzeszy musiało się wtedy już bardzo źle dziać, po tylu latach wojny... nie dziwota. Przed zniesieniem okupacji władze niemieckie starały się zgarnąć z naszej polskiej wsi całą żywność. Ryzykowano, powstrzymując się od tych kolejnych dostaw dla okupanta. Były z tego powodu aresztowania. Gdzie indziej POW przystępowała do akcji. Okupant odpowiadał brutalnym odwetem. Wieści o tym docierały z różnych, bliższych i dalszych stron.

Na przełomie jesieni i zimy, nie dzierżąc już władzy w tej części Polski, Niemcy wypuszczali z jenieckich obozów naraz setki tysięcy Rosjan, którzy zwartą masą ruszali przez nasze ziemie ku swojej ojczyźnie. Zabieg ten był obliczony na dezorganizację życia w utraconym co dopiero kraju, lecz nie udał się wcale. Władze nasze, gdzie jakie były, starały się zorganizować przemarsz byłych jeńców, a nawet urządzały im przejazd koleją, byle prędko się ich pozbyć. Czego najbardziej ci Rosjanie chcieli, podobnie jak wcześniej Niemcy, to jak najszybciej powrócić do swych domów. Nie przejawiali wrogich zamiarów i nie byli zorganizowani, nie mieli broni. Łaknęli wieści z Rosji, a wielu z nich dziwiło się otwarcie, iż lud ruski przyzwala na rządy tych tam... bolszewików.

O owych wydarzeniach, i o wojnach, i tej wielkiej światowej, niedawno minionej, i tych toczących się właśnie na obrzeżach odrodzonego państwa, nie chciano w świerzyńskim dworze myśleć ponad miarę. Przecież człowiek by się zamartwił do cna, rozważając z lękiem rozmaite fantazyjne, jeden po drugim najgorsze scenariusze rozwoju wypadków. Państwu Oliwieńskim wystarczyło z nawiązką, że ich starszy syn, Mieczysław, przetrwał cało wielką wojnę na rosyjskim froncie, takoż chaos rewolucji oraz walki prowadzone nad Berezyną i Dnieprem przez Korpus Dowbora; przy pierwszej okazji zameldował się później do służby w wojskach „krajowych”. Od kilku jednak miesięcy więcej czasu spędzał on na leczeniu niż w garnizonie, w następstwie powikłań po postrzale, który naruszył skrawek płuca. Mieczysław Oliwieński przebywał niedawno w rodzinnym domu; och, co to była za radość. Musiał przecież wracać. Rodzice woleli oczywiście, aby syn do końca wydobrzał w sanatorium. Jednak na frontach owych wojen każdy doświadczony oficer był na wagę złota. „Matko Najświętsza! Czy oni pozwolą Mieciowi wyzdrowieć?” – załamywała ręce pani Oliwieńska.

Staremu Szymonowi tak się spodobała podróż z naszymi młodzieńcami, że ofiarował się ich zawieźć także do Świerzyna, czemu Jagoscy się nie sprzeciwiali. Pani Jagoska dała mu jeszcze tobołek z cieplejszymi kożuszkami i obuwiem dla córek, które wyjechały były do Oliwieńskich kilka dni wcześniej, aby miały w czym zażywać sanny, zimowych spacerów a choćby i jazdy konnej.

I cóż tu mówić o tamtych czasach i tamtych zapustach. Świerzyńscy gospodarze, myśląc wciąż o swoim nieobecnym starszym synu, który tak wiele wycierpiał na wojnie i pośród morza rosyjskiej rewolucji, chcieli jednak dać chociaż trochę radości tyleż sobie, co przede wszystkim swym pozostałym dzieciom, których mieli troje, a także krewnym, znajomym, sąsiadom. Do domów wielu z nich wojna wniosła smutek po stracie najbliższych częstokroć osób. Byli więc tacy, których z tego powodu, jako będących w żałobie, nie wypadało prosić na najskromniejsze choćby przyjęcie. Tych należało samemu odwiedzić. Byli i inni, którym przybycie w gościnę sugerowano delikatnie, a to z uwagi na utratę dalszych krewnych, samym zaproszonym pozostawiając rzecz pod rozwagę. Byli wreszcie ci, co do których nie znano wiadomego powodu, by nie nastawać usilnie i nie prosić ich o wizytę. Myślano szczególnie o osobach, którym jest obecnie trudno, „by ich tak nie zostawić”, lecz okazać im pamięć i życzliwość.

Sławomir N. Goworzycki

cdn.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Sławomira N. Goworzyckiego Tamtego lata. Zatajona historia Polaków.

Czytaj więcej z tej książki:

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 1

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 2

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 3

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 4

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Twój e-mai:
Komentarz:
 
Start Literatura Literatura Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 2
 

WIADOMOŚCI

CIEKAWOSTKI

WYWIADY

PUBLICYSTYKA

KOMPENDIUM

LITERATURA

DZIECIARNIA