Portal optymalizowany dla przeglądarek: IE 7, Opera 9 i nowszych

n_ciekawestrony.jpg

Najpiękniejsze polskie sanktuarium maryjne
 

- N O W A  G A L E R I A -


Suren Vardanian

Dom na polanie



 -  M A G I S T E R I U M  -


Leon X

Longinqua oceani

- O katolicyzmie w USA


Naszą witrynę przegląda teraz 301 gości 
Ilość odsłon od 7 XI 2008 r. .
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter


 

 

 

 

 

Dom na polanie

Wyśmienity, światowy, ponadczasowy bestseller w wydawnictwie diecezjalnym z Sandomierza! Z wielką radością prezentujemy niezwykłą nowość – książkę Louisa Hemona „Dom na polanie. Opowieść o Marii Chapdelaine” pięknie zilustrowaną przez Surena Vardaniana. Więcej...

Tajemnice Sandomierza

Sandomierskie wydawnictwo diecezjalne pragnie Cię zaprosić w niezwykłą podróż w czasie do przepięknego królewskiego miasta pełnego tajemnic. Poznaj jedyną na świecie rodzinną strategiczną grę planszową o Sandomierzu! Więcej...

PUBLICYSTYKA

Mowa nienawiści: Jednym z najczęściej używanych argumentów dowodzących normalności homoseksualizmu jest fakt wykreślenia go ze spisu chorób w 1973 roku przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, a w konsekwencji także przez WHO. Więcej...

WIADOMOŚCI

Nienarodzone dzieci służą do rytuałów magicznych: 18 maja 2012 w bagażu Brytyjczyka policja znalazła sześć "ludzkich płodów" pokrytych złotem i napisami. Świat jest w szoku i zastanawia się: "po co ludzie to robią?". Więcej...

CIEKAWOSTKI

ONZ: aborcja i sterylizacja lekarstwem na ubóstwo: Najbliższą konferencja ONZ w Rio będzie poświęcona ochronie środowiska. Mają ją zdominować kwestie dot. kontroli urodzeń i praw reprodukcyjnych. Więcej...

PUBLICYSTYKA

Zagubiona szkoła i jej fałszywi prorocy: „Szkoła nie przygotowuje do życia, ani przyszłego zawodu” – oto główny zarzut wobec systemu oświaty, który jak mantra pojawia się w mediach. Więcej...

PUBLICYSTYKA

Po homofobii czas na transfobię: Mainstreamowe media w Polsce, m.in. Onet.pl i Gazeta.pl, od kilku dni z zachwytem eksponują zdjęcia Jenny Talackovej - transsseksualisty, który weźmie udział w nadchodzących wyborach najpiękniejszej kobiety świata. Więcej...

LITERATURA

Ból odczuwany przez poczęte dziecko: Dzięki odkryciom nowoczesnej embriologii wiemy, że podczas dokonywania aborcji płód odczuwa ból. Badania USG i EKG wykazały, że dziecko wewnątrz łona matki reaguje na ból, dotyk, światło, dźwięk, ciepło, zimno. Więcej...

DZIECIARNIA

Św. Teresa z Lisieux: Ten wspaniały dzień wydawał mi się teraz taki odległy! Przez osiem długich i nużących miesięcy będę musiała jeszcze gorliwiej pracować na moją suknię ślubną, przyozdabiając ją, najlepiej jak tylko potrafię, pięknem modlitwy i ofiary. Więcej...

Serce Pana Jezusa

Gorąco polecamy kolejną nowość wydawniczą z Sandomierza! Tym razem to zbiór klasycznych, przystępnych, szczerze katolickich kazań i rozważań wybitnych polskich kaznodziejów w całości poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Więcej...

Pąsowy liść klonu

Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu z prawdziwą przyjemnością prezentuje swą najnowszą książkę - powieść Andrzeja Sarwy o legendarnym bohaterskim poświęceniu Haliny, córki Piotra z Krępy, ratującej Sandomierzan przed Tatarami. Więcej...

http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/554179baner_Dom_na_polanie.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/857282baner_gra.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/362249rzeka.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/156334baner2.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/944988baner7.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/984376baner8.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/675643baner4.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/857434kominek.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/483044baner9.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/947686baner_Rekolekcje_z_Sercem_Jezusa.jpg http://www.rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/293706baner_Pasowy_lisc_klonu.jpg
http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/wiadomoci/6-wiadomosci/28053-dom-na-polanie http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/27596-sandomierskie-tajemnice http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28046-mowa-nienawici http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/wiadomoci/6-wiadomosci/28034-nienarodzone-dzieci-su-do-rytuaow-magicznych http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/28028-onz-aborcja-i-sterylizacja-lekarstwem-na-ubostwo http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28039-zagubiona-szkoa-i-jej-faszywi-prorocy http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/publicystyka/5-komentarze/28040-po-homofobii-czas-na-transfobi http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/rodzinakatolickadorosli/31-literatura/27939-bol-odczuwany-przez-poczte-dziecko http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/rodzinadzieciimlodziez/32-dzieciarnia/27937-w-teresa-z-lisieux-ycie-w-klasztorze http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/27162-rekolekcje-z-sercem-jezusa http://www.rodzinakatolicka.pl/index.php/ciekawostki/36-ciekawostki/26864-psowy-li-klonu
 

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 3 PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 
środa, 09 listopada 2011 16:41

Planowano biesiadę, może też kulig. Gdyby był nastrój i ochota, obecni mogliby pośpiewać przy wtórze fortepianu, posłuchać skrzypiec. Wtedy kwitła jeszcze w Polsce kultura domowego muzykowania.

O tańcach, chociaż to ostatki, nie było nawet mowy w czasie, gdy pod Lwowem, gdy na wschodzie, co dnia ginęli nasi chłopcy, a całe połacie tamtych ziem były w mocy nieprzyjaciół. Nie można było się hucznie i beztrosko zabawiać, gdy bracia Wielkopolanie wciąż trzymali czujną straż naprzeciw potęgi niemieckiej. 

Zjechała się do Świerzyna całkiem pokaźna gromadka krewnych, sąsiadów i znajomych płci obojga i w różnym wieku. Państwo Oliwieńscy niemal przez cały dzień zajęci byli witaniem gości na ośnieżonym ganku swego białego dworku. Pan, mocno już szpakowaty, z sumiastym wąsem zdobiącym pociągłą twarz, w ciemnym surducie dawnego kroju i w zarzuconej na ramiona bekieszy, i pani, osoba wielkiej kultury i łagodności, w sukni także ciemnej, odziana w półkożuszek z barwnym wyszywaniem.

Szesnastoletnia panna Zosia, starsza z sióstr Andrzeja, gdy rodzice witali przybywających, wyręczała matkę w doglądaniu przygotowań do posiłku, a także zaściełania w pokojach gościnnych. Była to osóbka poważna i rezolutna zarazem, mająca za sobą nauki na pensji w samej Warszawie, które zamierzała kontynuować. Występowała wobec gości w ciemnej sukni, przepasanej takąż szarfą, z białym wykładanym kołnierzykiem; jasne jej włosy uplecione były w warkocze upięte ówczesną modą w koczek z tyłu głowy. Wszędzie obecna zgrabna postać młodej gospodyni przyciągała uwagę zebranych. Dziesięcioletnia Krysia, najmłodsza pociecha Oliwieńskich, szła zawsze w ślad za siostrą, bo też Zosia stała się ostatnio jej najbliższą opiekunką. Nad gościnnymi poczynaniami obu dziewcząt sprawowała dyskretną pieczę stara klucznica Bronisława. Natomiast włodarz Maciej rozdzielał paszę dla koni, doglądał przybyłych zaprzęgów, witając się serdecznie z prowadzącymi je a znanymi sobie w większości woźnicami. Panienka panienką, przeszkody nikomu nie czyni, lecz to oboje starzy słudzy są naprawdę odpowiedzialni przed państwem za przygotowanie gościny i pokierowanie pozostałą czeladzią.

Wszyscy goście, po przyjęciu ich przez gospodarzy, zajmowali wskazane izby, we dworze oraz w przygotowanej na tę okazję oficynie, i doprowadzali się do porządku po niedługiej przeważnie podróży; szli później pokłonić się seniorce rodu, starszej pani Oliwieńskiej, babci nieobecnego Mieczysława, Andrzeja i ich sióstr. Była to osoba niezwykle szanowana i lubiana w okolicy, żywa „kronika” rodzinna i towarzyska niedawnej guberni, dawnego województwa i jeszcze dawniejszego księstwa płockiego, z obu brzegów rzeki Wkry. A do Wkry, jak wiadomo z historii, nawet groźni Krzyżacy obawiali się zbliżać, tym bardziej ją przekraczać, poprzestając na czasowym władaniu Ziemią Zawkrzeńską, przylegającą do ich ówczesnych włości. Innej tamtejszej rzeki, Skrwy teutońscy najeźdźcy również nie kwapili się forsować, panosząc się jednak przez czas pewien w położonej na zachód od tej rzeczułki Ziemi Dobrzyńskiej. Jednak zamierzchłe te dzieje wspominano w rozmowach raczej rzadko, bo i niewielu miało o nich szersze pojęcie. Chętniej zaś roztrząsano koneksje i historie rodzin ziemiańskich z całej rozległej okolicy, to jest znad Wkry i Skrwy oraz jeszcze dalszych stron. W tej zaś dziedzinie, jak się rzekło, nie było bardziej biegłego znawcy ponad starszą panią Oliwieńską.

Ona właśnie, jako jedna z nielicznych, śmiało sięgała nawet do średniowiecznych czasów i, powołując się na swego własnego dziadka, dowodziła, iż rodzina Oliwieńskich wywodzi się od rycerza Dobiesława, wiernego druha Siemowita IV, księcia na Płocku, Czersku, Rawie, Sochaczewie, Gostyninie, Wiźnie i Bełzie – szmat kraju. Przecież z tymże księciem Siemowitem, w prostej linii potomkiem fundatorów Korony Polskiej, liczyć się musiał nawet sam potężny król Jagiełło; tak bardzo, iż rodzoną siostrę oddał księciu płockiemu za żonę. Ostatecznie więc to litewski a nie mazowiecki władca osiadł na krakowskim tronie.

Oto opowieści na podobne tematy wysłuchały już obydwie siostry Jagoskie, które przybyły jako jedne z pierwszych; także gromadka podrośniętych dzieci z sąsiedztwa, jakie ku uciesze małej Krysi Oliwieńskiej pojawiły się były wraz ze swymi rodzicami. Kilku młodzieńców, przyszłych dziedziców okolicznych majątków, także dotrzymywało towarzystwa znanej i lubianej starszej pani, tyleż jednak ze względu na nią samą, co na obecność panien na wydaniu, które, jako że do obiadu pozostawało nieco czasu, dopraszały się u babci Oliwieńskiej o coraz to inne historie. Te się na razie skończyły, zaś starsza pani udała się do swego alkierza, by cokolwiek odsapnąć. Ktoś usiadł do fortepianu, oczekującego w kącie obszernego salonu i zagrał pomrukując pod nosem:

Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły
I coś tam klaszcze za borem...

– Zosiu, Zosiu! Gdzie Zosia? Ona tak to pięknie śpiewa! – poczęto wołać.

Lecz Zosia doglądała właśnie czegoś w gościnnych izbach. Gdyby nawet była wtedy w salonie, zapewne nie ośmieliłaby się zaśpiewać. Na pewno nie teraz. Filuterny muzyk grał dalej, pośród szumu rozmów. Dwie małe dziewczynki, wcale niespeszone, schwyciły się za rączki i nuże pląsać pośrodku salonu, powiewając wielkimi kokardami u wizytowych sukienek, w takt coraz to zmieniających się melodii. Ten miły widok wywołał u zebranych serdeczne rozbawienie:

– Tańcujcie sobie, tańcujcie – pogadywano. – Przyjdzie taki czas, niechby jak najszybciej, że i my dorośli potańczymy nareszcie wraz z wami.

– Och, jak ładnie się młodzież bawi – rzekła do męża gospodyni domu, ogarniając wzrokiem salon i sąsiednie pomieszczenia. – Dobrze jednak zrobiliśmy, przyjmując tę gromadkę gości na ostatki.

– Bardzo dobrze, moja droga – odparł rozrzewniony pan Oliwieński, skłaniając się, by ucałować żoniną dłoń.

Andrzej ze swymi przyjaciółmi ściągnął do rodzinnego domu jako ostatni, za co niektórzy czynili mu głośne wymówki, dla żartu przecież, nie z pretensji, bo też gniewać się nie było o co. Pogoda sprzyjała podróżnym, śniegi były dobre, toteż jechano saniami wcale nie gościńcem, ale „cięto na skróty”, to zawianymi gruntowymi drogami, to na przełaj, wprost przez pola.

Ledwie najmłodszy pan Oliwieński zdążył przedstawić kolegów witający ich przed domem rodzicom i gościom, a już Zosia, ożywiona przybyciem brata, zerkając ciekawie na Władysława Kowłowskiego i bliźniaków Rząsewiczów, pociągnęła go na stronę, by jako młoda gospodyni wspomnieć mu, że już dano znak do obiadu, z którym i tak nieco czekano na spóźnialskich. Oznaczało to, innymi słowy, iż płoccy gimnazjaliści nie zdążą się przebrać w cywilne ubrania, lecz wystąpią przed wszystkimi w swoich szkolnych mundurach, w których byli podróżowali, w drodze okryci z wierzchu kożuchami i baranicami. Chłopcy trochę się zmieszali, wzbraniali się nieco, atoli zgłodniali goście dali im na to zgodne przyzwolenie.

Ktoś przytomnie zauważył, że jazda saniami na skróty bardziej sprzyjałaby wcześniejszemu przybyciu z Wólki niźli spóźnieniu. Wyszło wreszcie na jaw, że Andrzej uprosił był Szymona, by ten pozwolił mu powozić. Radość tak poniosła młodzieńca, że niebawem wszyscy, razem z końmi i saniami, znaleźli się w głębokiej zaspie. A że pękło okucie u sań i rzemień w uprzęży, przeto trzeba było te niedostatki prowizorycznie w polu naprawiać. Andrzej niby to nadrabiał miną, lecz przecież wstydził się niepomiernie, naprzód dlatego, bo wykazał się nieumiejętnością, i dlatego że sanie należały wszakże do dworu w Wólce, takoż konie, którym mogłoby się coś niedobrego przytrafić w chwili niewinnej choćby wywrotki. Jednak przede wszystkim naraził na możliwe przykrości starego Szymona, który przecież odpowiedzialny był przed Jagoskimi za stan zaprzęgu, a przed Oliwieńskimi za szczęśliwe dowiezienie chłopców na miejsce. Spostrzeżono konfuzję młodzieńca i nuż kilka osób naraz jęło go pocieszać:

– Nie martw się – poklepywał go po ramieniu starszy kuzyn, wciąż gotów swą grą na fortepianie zabawiać zgromadzone towarzystwo. – Wytłumaczymy ciebie przed rodzicami, i Szymona także. Zresztą, przecież nic się nie stało...

– Andrzeju! Ach, Andrzeju! – szczebiotała siostra Zosia. – Już te sanie i uprząż u nas naprawią... tak, że będą jak nowe.

– Aha – mruknął nie dość jeszcze rozchmurzony młodzian. – To ja powinienem to naprawić, tym bardziej, że się na tym cokolwiek znam...

– Dobrze, naprawisz... ale nie to, i nie tym razem. Owszem, sam przypilnuję – ojciec Andrzeja udawał srogość, ku uciesze wszystkich, samego winowajcy nie wyłączając.

W stołowym pokoju świerzyńskiego dworu, do zapustnego obiadu siadało więc przy „pierwszym stole” osób około trzydzieściorga. Liczba ta w zasadzie określała gościnne możliwości owego skromnego domu, który przecież do tych większych nie należał. Co innego z okazji weseliska, jakie zdarzało się raz na wiele lat; wtedy potrafiono po brzegi wypełnić gośćmi takie domostwo wraz z przyległościami; to już jednaki inna sprawa. Mieliśmy tu więc, jak się rzekło, dworek mały, modrzewiowy, z szerokim podjazdem, okolony starymi, bramowanymi śnieżną bielą drzewami, półdzikim parkiem, dalej nagim o tej porze roku sadem, ogrodem, zabudowaniami gospodarskimi; był i staw zimowy.

Na widok umundurowanych uczniów, z paniczem Andrzejem na czele, rozległy się oklaski i wiwaty:

– Wiwat młodzież polska! Wiwat przyszłość Ojczyzny! – wołano. – Niech żyją uczniowie polskiej szkoły! Zaczęli naukę za Moskali... kończą w wolnej Polsce.

– Cośmy w części zyskali owym strajkiem szkolnym, będzie lat już temu czternaście, to oni wreszcie mają w całości – zauważył głośno kuzyn trzydziestolatek, ten sam, który przed chwilą pocieszał był Andrzeja.

Paniom łzy zaświeciły się w oczach. Gimnazjaliści stali sobie skromnie, delikatnymi ukłonami dziękując za tę nieoczekiwaną owację. Co poniektóre spośród dziewcząt nieco się czerwieniły, może i speszone, że to nie one są teraz w centrum uwagi zebranych. Wiwatowano więc, a później biesiadowano, aż nie tak już wczesny, lecz wciąż zimowy zmierzch jął cichutko ogarniać śnieżną krainę, z jej łagodnymi wzniesieniami, z polami, z lasami, z dostojnym parkiem, stawami, gumnami i nagimi olszynami nad pobliskim strumykiem. I niebo, i ziemia, przyjęły tę samą, przez czas pewien o różowym odcieniu, przez niedługą chwilę o fioletowym, później zaś szaroniebieską, ciemniejącą barwę; stały się jednolitym tłem, na którym widniał bogaty w kształty, czarny deseń drzew, krzewów, budynków. Pod mroczącym się niebem ciągnęły stada gawronów. Okna dworku jarzyły się jeszcze długo w noc, w przemożnych już, właściwych tej porze roku ciemnościach. Szarawe opony chmur ustąpiły później niepostrzeżenie, na niebie rozbłysły zimowe, rzęsiste gwiazdozbiory.

Andrzej Oliwieński występował zarazem w roli młodego gospodarza i gościa. Pragnął on zwłaszcza, by członkowie rodziny poznali bliżej jego szkolnych kolegów. Szczególnie Zosia była ciekawa owych młodych ludzi, o których już coś niecoś wiedziała.

– Więc pan, panie Władysławie, ma dwóch braci...

– Tak, owszem, mam brata Stasia, ucznia czwartej klasy naszego gimnazjum oraz brata Dyzia, czyli Dyonizego, który jest dopiero w klasie drugiej... To ci dopiero urwis...

– Ale, ale... To ma być starszy brat, co przed obcymi „obsmarowuje” swoje własne rodzeństwo? – śmiał się Andrzej.

– Tak mówisz – nie dał za wygraną Władek – chociaż Dyzia znasz dobrze. Nawet w rodzinie tak się o nim mówi: „to dopiero urwis”.

– Trzeba ci wiedzieć, Zosiu, że bracia Kowłowscy mają także siostrzyczkę Anielcię, w wieku naszej Krysi...

– Och, to cudownie! – klasnęła w ręce młoda gospodyni. – Niech pan, panie Władysławie, koniecznie przywiezie do nas Anielcię... koniecznie. To się nasza Krychna ucieszy.

– To Anielcię zapraszasz, a całej reszty rodziny Kowłowskich już nie... – przekomarzał się Andrzej.

– Ależ zapraszam, oczywiście że zapraszam, wszystkich... i nasze drogie Jagoskie, i panów Rząsewiczów – mówiła żywo Zosia, czerwieniąc się z lekka i spoglądając ukradkiem na Władysława.

– Dziękuję pani, panno Zofio, w imieniu własnym i wszystkich zaproszonych – skłonił się nasz maturzysta – lecz co do mnie, i do kolegów Rząsewiczów, nieprędko to będzie mogło dojść do skutku, bowiem, jak powszechnie wiadomo – tu spojrzał melancholijnie na Andrzeja – tej wiosny czeka nas straszna praca nad przygotowaniem się do egzaminu dojrzałości.

– O tak, rzeczywiście – odparła nieco skonfundowana panna Zosia. – Lecz przecież wiosną, w maju, a u nas taki piękny jest maj, przyjadą panowie chyba?

– Moja droga siostrzyczko – wtrącił się Andrzej. – Wybacz, ale najwyraźniej nie dbasz o to, że właśnie w maju zdajemy tę okropną maturę. Poza tym, pamiętasz chyba, że rodzice wybrać się zamierzają w Zielone Świątki na odpust do Skępego. Nie byliśmy tam od lat... Owa uroczystość przypada także w maju.

– Czyżby? W tym roku mamy późną Wielkanoc, zatem odpust w Skępem odbędzie się chyba już w czerwcu. Zresztą, wystarczy spojrzeć do kalendarza lub samemu sobie obliczyć – Zosia Oliwieńska była nieugięta. – Skoro czerwiec, to tym łacniej mogą panowie jechać tam wraz z nami. Tak czy siak, nasze gościnne progi wciąż otwarte. Możecie przyjechać i później. Przez cały rok jest u nas pięknie; nawet jesienne czy przedwiosenne szarugi mają tutaj swój wyraz. Można się też wybierać nad nieodległe jezioro; dziś pod lodem i śniegiem. Lecz gdy się zazieleni, gdy się zaczną ptasie gody... ojej!

– Owszem, jezioro – wtrącił się Andrzej – prawie całe okolone lasem, wygląda dość tajemniczo. Rozmaicie o nim bajają tutejsi starzy ludzie. Jutro je wam pokażemy. Nie będziemy przez nie jechać, jako że lody są już słabe. Bo gdy są mocniejsze, można tam pojeździć na łyżwach...

– Lub łapać ryby w przeręblu – dodał Władysław.

Panna Zosia zaśmiała się. W salonie utworzyło się kilka większych i mniejszych kręgów osób, rozprawiających o tym i o owym. Nie znaczy to, że składy owych grup były stałe i nieprzenikalne. Ludzie ówcześni ciekawili się sobą nawzajem. Kogo nie znali, a spotkali w takich zwłaszcza okolicznościach, tego właśnie pragnęli poznać. Szczególną ambicją gospodarzy zgromadzeń jak to, było, aby obecni mogli się nawzajem zaznajomić i żeby wyjeżdżający znał cośkolwiek każdego z uczestników spotkania. Zatem państwo Oliwieńscy przechadzali się dyskretnie od grupy do grupy. Pan lub pani, w odpowiednio wybranej chwili, delikatnie ujmowali kogoś pod ramię, by go poprowadzić w przeciwległy kąt salonu i przedstawić danej osobie. Wszystkich zaś spośród dotąd jej nieznanych prezentowano starszej pani Oliwieńskiej, która siedziała sobie w fotelu, okryta ciepła chustą, i delektowała się atmosferą wieczoru. Gromadzono się wokół niej, zagadywano, przypominano się, wdawano w rozmowy, wyrażano swój szacunek dla niej i dla całego domu. Nasza grupka młodzieży rozmawiała dalej. Panna Zosia była uparta:

– To co? Przyjadą panowie? Może w czerwcu?

– Ale ty się moim kolegom naprzykrzasz. Coś podobnego! Przyjadą, przyjadą – przedrzeźniał ją Andrzej. – Przecież ty wiesz, Zosiu, co ja zamierzam uczynić po maturze... I co zamierzają moi koledzy... I w ogóle, młodzi Polacy – dodał poważnym tonem, spoglądając jakoś bokiem na Władysława. – Bo przecież nasz Miecio...

Panna także spoważniała, bowiem świetnie rozumiała, o czym mówi jej brat.

– Tak, tak – odparła, spuściwszy wzrok ku podłodze. – Wy, mężczyźni, musicie jeszcze tamtą sprawę załatwić... wiadomo, wojna. A my, kobiety, musimy... czekać.

Władysław Kowłowski zmieszał się, widząc jak Zosia posmutniała. Że zaś chęci miał dobre, więc odparł:

– Czekać, skoro pani o tym wspomniała, można na różne sposoby. Gdy wojsko walczy, niewiasty mogą wykonywać na tyłach rozmaite prace pomocnicze; ot, choćby służba sanitarna...

– O! Jakbyś w sedno utrafił! – walnął go po ramieniu rozbawiony Andrzej. – Tak jest! Tak trzymać!

– Eee... wy się śmiejecie, ze mnie, biednej... A czy mama by mnie puściła? Już jedno jej dziecko poszło na wojnę, teraz ma iść drugie... Czy by mi tam sił starczyło? Bo w szpitalu to musi być bardzo ciężka posługa – dziewczyna całkiem poważnie podjęła tę dość swobodną uwagę młodzieńca.

– Wcale się z ciebie nie śmiejemy! – zawołał Andrzej, ujmując siostrę za ręce. – My, ot tak, mówimy o tym, co się może zdarzyć. Nie wiadomo... Któż zna przyszłość?

Władysław nic nie rzekł, skonfundowany; myślał bowiem, że swoimi dywagacjami popsuł dobry nastrój młodej gospodyni, a nawet dokuczył jej, niechcący. W samą więc porę pospieszył Andrzej z tymi uspokajającymi siostrę słowami. Co to znaczy mieć dobrego a w dodatku bystrego kumpla.

Tymczasem panny Jagoskie, Marysia i młodsza Aldonka, rozprawiały o czymś ze starszymi od siebie o lat kilka braćmi Rząsewiczami. Płowe główki sióstr, z włosami upiętymi z tyłu w kok, kontrastowały w blaskach świec i lamp z ciemnymi czuprynami bliźniaków. Coraz z tamtego kąta salonu dochodziły wesołe głosy. Jeden z gości ujął za skrzypce, inny usiadł do fortepianu. Zapowiadało się na wieczorny, zimowy koncert.

Starano się więc weselić, cieszyć życiem, towarzystwem miłej gromady, pomimo tych terminów, jakie na Polskę przyszły, wciąż niepewnych, choć przecież niewyzbytych radości. Nazajutrz, w sam kusy wtorek, przypadający tamtego roku na dzień Świętego Kazimierza Królewicza, gospodarze urządzili sannę, bo i pogoda była w sam raz; nie wiało, trzymał lekki mrozek. Nie był to przecież kulig, polegający na swawolnym „zajeżdżaniu” dworów okolicznych. Nie te czasy. Sanie gnały przez zaśnieżone pola, pod łagodnym błękitem nieba, w słońcu, które jeszcze nie dogrzewało spoza wysokiej opony chmur. Niektórzy panowie, zwłaszcza zaś młodzież, pędzili wierzchem, przyprowadziwszy tu uprzednio własne konie. Psy z radosnym ujadaniem gnały z nimi w zawody. Śpiewano, dokazywano, obrzucano się śniegiem. Aldonka Jagoska pierwsza dostrzegła leszczynowe kotki, gdzieś w dołku, gdzie cieplej być musi – najwcześniejszy zwiastun nowej pory roku. Jakby na potwierdzenie tego, iż zima kończy się nieuchronnie, z głębin leśnego starodrzewu rozebrzmiało tajemnicze a głośne, jedną chwilę zaledwie trwające bębnienie dzięcioła. I wróble tak jakoś ochoczo ćwierkały, uwijając się w przydworskich bezlistnych krzakach.

– Oho, nowina! – zawołał ktoś z sań, wskazując w dal ku łąkom, na których bliżej, dalej i bardzo daleko trwały jeszcze zeszłoroczne stogi siana, kształtne i pękate. – O tam, wedle owego brogu na czterech słupkach... Czy słyszycie?

– Słyszymy i widzimy – odpowiedziano. – Wiadomo: „Na Kazimierza czajka przybieża”.

– „...I skowronek wyjdzie spod pierza” – dorzucił ktoś inny.

– Mój Boże, a miastem i grobem dzisiejszego patrona władają teraz ci bezbożni bolszewicy. Jak długo jeszcze... – westchnął ktoś spośród starszych.

Milczano przez chwilę, wreszcie ktoś inny zagadnął:

– O, tak... Ledwie patrzeć, a już przedwiośnie... i wiosna za progiem.

– Cieszmy się tą gromadną sanną póki czas, bo niebawem marcowe roztopy na długie tygodnie oddzielą ludzi od siebie – zawtórował mu następny głos.

Tego wieczoru odbyła się kolejna suta biesiada, pełna humoru, iskrzących facecji; ale i zadumy, ale i refleksji, którym to nastrojom wtórowały tęskne tony instrumentów. Ech... co tu mówić, co tu pisać, czymże jest wyobraźnia? Bo przecież owoczesna forma wspólnego spędzania czasu wynikała z więzi, serdecznych, rodzinnych, przyjacielskich, dobrosąsiedzkich, jakie rzeczywiście i niekłamanie łączyły tamtych ludzi, bez względu na stan społeczny, majątek, czy też zakątek kraju, w jakim się rzecz działa. Dodajmy, iż jeszcze w owej epoce młodsi i starsi częstokroć przebywali i bawili się razem, jak wtedy, w świerzyńskim dworku. Było to naturalne, zwyczajne i sprzyjało zachowaniu zgody oraz porozumienia między pokoleniami.

Gdy po latach ludzi wyniszczono lub rozpędzono, a przez to i porwano owe więzi; gdy więc odpowiednio wychowanych ludzi zabrakło, cóż komu po forsowanej dziś tu i tam martwej formie towarzyskiej, której w najlepszym razie „słoma z butów wyłazi”? Nie ożywia ona i należycie nie umacnia więzi międzyludzkich, jakich, co się rzekło, brak. Owszem, owe naśladowcze próby przypominają o nich, lecz na krótko, doraźnie, niezdarnie, dopóki trwa ulotny czas spotkania. Czas ten szybko mija, a po nim nadciąga wielką ciemną chmurą owa nieukojona tęsknota, monotonia, smutek osamotnienia.

Jednakże w epoce, której staramy się tu przyjrzeć, nie tak bywało. Bo też spotykano się nie dla przygotowania na nadejście długotrwałych smutków, nawet w zapustny wtorek; bo też i stojący za progiem Wielki Post nie był w pojęciu ówczesnych ludzi okresem opuszczenia i beznadziejności, lecz zastanowienia, namysłu nad sobą i szczerej pokuty, a to nie to samo. Gdy się więc wtedy rozjeżdżano, to z radosną nadzieją na kolejne, rychłe spotkania, ciche choćby i niewystawne.

W takim więc nastroju Władysław i jego płoccy koledzy bliźniacy rozstawali się ze świerzyńskim towarzystwem; w popielcową środę, po powrocie ze Mszy w nieodległym kościele. Żegnali się ze starszą panią Oliwieńską, z rodzicami Andrzeja, z sympatyczną Zosią i z małą Krysią. W drogę w stronę Płocka, zrazu na przełaj przez białe pola, wyruszono we dwoje sań, mianowicie w towarzystwie nie mniej sympatycznych sióstr Jagoskich, w których gościnnym domu wypadał przecież naszym gimnazjalistom wielkopostny już popas.

Cóż, życie młodzieńca, i życie młodej panny, jest piękne... prawdziwie piękne. Jednak realia epoki, jaką tu wspominamy, każą odwrócić naszą uwagę od tych miłych chwil, uroczych miejsc, bliskich i życzliwych nam ludzi. Zostawić trzeba będzie dworek biały i wieś cichą, zostawić spokojne miasto i tak dobrze znaną okolicę; porzucić trzeba będzie sprawy domowe i prywatne, by objąć szerokim spojrzeniem rzecz wspólną, drogą wszystkim, a tak głośno wołającą o ratunek, o ocalenie przed zagładą. W czasach, jakie miały rychło nadejść, bliskimi stawały się dla nas osoby dopiero co poznane, zaś wspomnienie o domu czy o miłych chwilach spędzonych w gościnie dodawało sił, lecz nie wolno było owemu wspomnieniu pozwolić, by rozpraszało uwagę, skupioną bez reszty na wykonywaniu zadania, tej świętej ofiarnej pracy, jaka musiała przynieść jeden tylko, tak bardzo upragniony owoc – zwycięstwo!

Sławomir N. Goworzycki

cdn.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Sławomira N. Goworzyckiego Tamtego lata. Zatajona historia Polaków.

Czytaj więcej z tej książki:

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 1

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 2

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 3

Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 4

Dodaj komentarz

Twoje imię:
Twój e-mai:
Komentarz:
 
Start Literatura Literatura Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 3
 

WIADOMOŚCI

CIEKAWOSTKI

WYWIADY

PUBLICYSTYKA

KOMPENDIUM

LITERATURA

DZIECIARNIA