|
Ani Władysław Kowłowski, ani Andrzej Oliwieński nie poszli do wojska zaraz po zdaniu matury. Każdy z nich usłyszał od swego ojca mniej więcej tyle, że tam, na froncie, gdzieś opodal brzegów Dnieprowych „świetnie dają sobie radę bez ciebie”, że wyniszczony wojną kraj potrzebuje fachowców, ludzi wykształconych, że zatem, zamiast wojować, trzeba studiować.
Andrzej usłyszał ponadto, iż z ich domu ktoś, mianowicie jego starszy brat, Mieczysław, już od dawna bije się za Polskę, bo od czasu, gdy jeszcze była ona podległa obcej okupacji... i że to wystarczy. Owe rzeczowe rozmowy toczono wtedy, gdy Wojsko Polskie, stopniowo i bez wielkiego rozgłosu, wypierało bolszewików na wschód, kampania galicyjska miała się już ku końcowi, Niemcy wycofywali swe dywizje zgromadzone uprzednio u nowych polskich granic, a uczestnicy konferencji wersalskiej lada dzień zamierzali podpisać traktat pokojowy. Ojcowie obu chłopców nie porozumiewali się przecież, nawet się osobiście nie znali, nie byli więc w zmowie, ale chyba mieli swoją rację, obie matki wraz z nimi.
Władysław poddał się pokornie rodzicielskim wyrokom i, idąc śladem swego ojca, złożył podanie o przyjęcie na Wydział Lekarski do Warszawy. Andrzej musiał pomóc rodzicom w gospodarstwie, bowiem rok okazał się dla rolników niełatwy. W tamtym właśnie czasie utwierdził się w swej powziętej wcześniej decyzji podjęcia studiów w Dublanach, czym wzbudził w domu wielkie zadowolenie. Narzekano wprawdzie, że to daleko i że rzadko będzie przyjeżdżał do Świerzyna, lecz były to jedyne przeciw tej decyzji zastrzeżenia. Wczesnym latem Władysław powtórnie w tym roku odwiedził gościnny wiejski dom swego kolegi. Mile spędzał tam czas, zaznajamiając się bliżej z całą rodziną. Zosia Oliwieńska była z jego wizyty bardzo rada, a i on chętnie przebywał w jej towarzystwie.
Minęło lato 1919 roku, a z nim niepokojące doniesienia ze Śląska, zaś uspokajające z Suwalszczyzny i z dalekich Kresów. Nadeszła jesień, młodzieńcy rozjechali się na studia. Jednakże wola by się dalej kształcić, podsycana zapamiętale przez rodziny obu junaków, wystawiona została na poważne próby wynikające z natury dziejowych zdarzeń. Szeptycki, Rozwadowski, Listowski, Iwaszkiewicz, Zieliński, Romer, Konarzewski i inni – w rozmowach i w prasie powtarzano wciąż nazwiska naszych zwycięskich generałów, którzy bili teraz bolszewików, wykuwając mieczami historyczne granice Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, dawnego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jak tu można się było skupić na nauce medycyny, rolnictwa czy czegokolwiek innego poza wojaczką?
Co do Andrzeja okazało się, iż zasoby Akademii Dublańskiej zostały po pierwsze, poważnie zniszczone podczas niedawnego oblężenia Lwowa, po drugie zaś, trwa właśnie wcielanie tej uczelni do lwowskiej politechniki. Z co najmniej tych dwóch powodów wykłady i ćwiczenia dla pierwszego roku dublańczyków mogły się rozpocząć dopiero w listopadzie i miały być na razie prowadzone w samym Lwowie. Cóż, młody dziedzic z mazowieckiego Świerzyna nie narzekał z tego powodu.
Władysław wybierał się na swoje studia takoż nie w porę. Wszak odnośną decyzję podjęto w domu pana doktora Kowłowskiego wtedy, gdy działalność Uniwersytetu Warszawskiego była zawieszona, a to z przyczyny braku studentów, którzy jeszcze w końcu roku ubiegłego tłumnie udali się do wojska; tak uczyniło wielu nauczycieli akademickich. Podobnie działo się przecież i we Lwowie, i w Krakowie, i gdzie indziej. Ledwie uczelnie dobrną do najbliższej letniej sesji egzaminacyjnej, gdy nowa wojna, wojna o wszystko, raz jeszcze zawezwie studentów na front. Czy to więc starsi mieli rację, wysyłając chłopców na studia w ten niespokojny czas, czy też młodzi, gdy wyrazili chęć pójścia do szeregów od razu, nie zaś pośrednio, z postojem w salach wykładowych? Póki co, Władysław Kowłowski został immatrykulowany na Wydziale Lekarskim, po czym z zapałem przystąpił do nauki, dość umiarkowanie upajając się wiecową atmosferą Warszawy w drugim roku drugiej niepodległości.
Do Płocka młody Kowłowski przyjechał już na Boże Narodzenie. Rodzina zebrała się przeto w komplecie, a nawet więcej, bo wraz z wujostwem i kilkorgiem krewnych. Jak od niepamiętnych czasów, tak i teraz stało przy długim stole puste krzesło, zaś na stole puste nakrycie – „dla wędrowca”. W owym roku, gdy na nie spoglądano, myśl nieodparcie, a w ślad za nią rozmowa, biegła tam, hen, ku wschodowi, ku dalekim okopom, w których, pośród śnieżnej bieli oraz trzaskającego mrozu, nasi drodzy żołnierze dzielą się białym opłatkiem i jak wszędzie w Polsce śpiewają: ...wspieraj jej siłę swą siłą... A cóż powiedzieć o tych wszystkich pozostających z tamtej strony frontu – o jeńcach, więźniach, zesłańcach, katorżnikach, o wygnanych ze swych domów i tych, co wciąż oczekują zbawiennego nadejścia Wojska Polskiego, o tych, co próżno usiłują się wyrwać z odmętów opanowanego przez rewolucję wielkiego kraju. Niebawem, o tysiące wiorst od Płocka, waleczne nasze wojska przedrą się orężnie ze swymi transportami przez bolszewicką zaporę na syberyjskiej stacji Tajga. Lecz wieść o tym jeszcze do Polski dotrzeć nie mogła.
Natomiast w Świerzynie pozostawiono obok siebie aż trzy puste nakrycia, na które spoglądanie wprawiało w rozczulenie wszystkich uczestników tamtejszej wieczerzy. Tak, trzy talerze obok siebie, zaś na każdym biały opłatek. Jeden, to ten sam co i w każdym polskim domu; drugi zaś przeznaczony dla najstarszego syna, Mieczysława. On to właśnie, swoją osobą, wraz ze swymi żołnierzami i z całym naszym wojskiem, trwa teraz na owych dalekich wschodnich zimowych rubieżach, strzegąc odrodzonej Ojczyzny. Trzecie nakrycie przygotowano z myślą o Andrzeju, który spędzał święta we Lwowie, śląc pozdrowienia rodzinie i przyjaciołom.
Wkrótce rozebrzmiała po całym kraju wieść, jak to pan generał Józef Haller dokonał „zaślubin” Polski z morzem. Nieco wcześniej nasze wojska wyruszyły na pomoc pobratymczej Łotwie. O, tak. To poruszało serca i działało na wyobraźnię. Tymczasem obaj studenci uczyli się pilnie, zdawali egzaminy. Wiadomo, pierwszy rok – najtrudniejszy. Na Wielkanoc Roku Pańskiego 1920 młodzieńcy zjechali każdy do swego domu, lecz się nie spotkali. Andrzej, w drodze przez Płock, odwiedził Kowłowskich, serdecznie podejmowany przez wszystkich domowników oprócz Władysława, gdyż ten jeszcze nie przybył.
Jednym słowem, drogi obydwu kolegów rozchodziły się, jednak nie we wszystkim. Przecież Lwów i Warszawa były to wtedy miasta o pokrewnych charakterach, chociaż odległe w przestrzeni i do niedawna objęte dwoma jakże różnymi zaborami. W obydwu gromadziły się gorące głowy, żądne robienia czegoś więcej jeszcze niż dotąd było im dane. Wpływy środowiska oddziaływały na naszych młodzieńców.
Tak więc, w Poniedziałek Wielkanocny, po południu, Władysław oznajmił rodzicom, że idzie na wojnę. Matka zapłakała z cicha, lecz doktor Kowłowski tylko pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: „No tak, tego się spodziewałem”. Upewnił się jeszcze, czy syn zaliczył był pierwszy semestr studiów. Spytał wreszcie:
– To gdzie się zaciągniesz? W Warszawie czy może tutaj?
– Pojadę do Warszawy, tato. Wśród moich tamtejszych kolegów jest pewien ozdrowieniec, z jednego z dawnych pułków hallerowskich. Niedługo będzie wracał do batalionu zapasowego, który stoi gdzieś w Galicji. Zabiorę się razem z nim.
– Kadry znajdują się w Galicji, a sam pułk? – zastanowił się doktor Kowłowski. – Gdzie on się teraz bije?
– Ostatnio na Podolu, daleko za Kamieńcem.
Obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, jakby już ustąpiło owo wyczuwalne napięcie wywołane oświadczeniem młodzieńca o jego chęci wstąpienia do szeregów. Obydwaj pragnęli wszakże, aby tak się stało i aby pani Kowłowska tym łatwiej mogła oswoić się z nowiną owego świątecznego dnia.
– Oho, Kamieniec Podolski... To z ciebie będzie Mały Rycerz – próbował żartować ojciec.
– Tato, tato, skoro Władziula ma być mały, to jacy my będziemy? – zapytał przekornie, uchodzący powszechnie za trzpiota i urwisa Dyzio, wywołując szczere uśmiechy wszystkich już zebranych w salonie osób.
Bowiem przy rozmowie obecna była cała rodzina, zaś służąca Stefcia, zwiedziawszy się o czym mowa, stanęła przy drzwiach ze splecionymi dłońmi, wzdychając z cicha i ocierając łezkę z rumianego policzka.
– Oni teraz potrzebują żołnierzy – mówił ośmielony obrotem spraw Władysław.
– Oczywiście – przerwał mu ojciec – potrzebują i będą potrzebowali jeszcze więcej. O to bądź spokojny.
– Tak, tato, ale mówi się w tamtych pułkach, że są jakieś naciski w Naczelnym Dowództwie, by zaczęto zwalniać ze służby żołnierzy starszych roczników, tych z wielkiej wojny, szczególnie zaś Amerykanów.
– Przepraszam cię, Władziu, ale kogo to oni chcą zwolnić? – zapytała zdziwiona pani Kowłowska, na której oblicze zdążył już powrócić właściwy mu spokój.
– No, Amerykanów, mamusiu, to znaczy Polaków z Ameryki, ochotników, którzy tak jak inni przybyli z Hallerem, bez mała rok już temu.
– Tak, tak moja droga – potwierdził doktor. – Z tego chyba będzie głośna sprawa. Ja również coś o tym słyszałem. Mówił mi też pewien warszawski kolega, że zza oceanu przybyła także grupa naszych dziewcząt, które teraz ochotniczo pełnią służbę pielęgniarską w wojskowych szpitalach.
Władysław uspokoił się, bowiem najbliżsi zdawali się już być oswojeni i pogodzeni z tym, co im był oznajmił. Tak działo się chyba w istocie, gdyż ojciec mówił dalej, a mama, Stefcia oraz dzieciaki słuchały go z zainteresowaniem.
– Dziwne jest to, że właśnie teraz wysyła się do domu wielu doświadczonych żołnierzy, weteranów różnych europejskich frontów, ludzi wysłużonych, lecz przecież niestarych i zapewne w swej większości w pełni sił. Zaś co do rodaków z Ameryki... Popatrzcie sami. Całe rzesze tych chłopców, z czystej miłości do dawnej Ojczyzny, rzuciły się przez morze, aby ją ratować, aby walczyć o jej niepodległość. Niejeden z nich znał ją tylko z opowieści, bowiem urodził się już tam... I walczyli. Teraz zaś, gdy nasze wojska wprawdzie stoją daleko na wschodzie, lecz sprawa z bolszewią wciąż nie jest bynajmniej rozstrzygnięta, wmawia się tym naszym dzielnym Polonusom, że już są niepotrzebni i że mogą sobie jechać tam, skąd przyszli. Amerykańskie wojska z frontu francuskiego już dawno temu powróciły do domu, a zdemobilizowani żołnierze pozajmowali miejsca pracy. Może się tak zdarzyć, że ci nasi wrócą tam na bezrobocie, zaś tu u nas, jak słyszałem, zwleka się z wypłatą żołdu dla nich.
– O Matko Boska... – westchnęła Stefcia. – Toż to une mogą bez grosza zostać, niebożątka. I gdzie tu sprawiedliwość, gdzie wdzięczność ludzka? To biegły tu do Polski przez kraj świata, owe żołnierzyki, toż nawojowały się, nacierpiały, zasłużyły się... A teraz co? Z torbami... na dziady ich posłać?
– Niech się Stefcia nie martwi – uspokajała służącą pani Kowłowska. – Na pewno się wszystko ułoży. Ameryka to przecież wielki i bogaty kraj, zaś ci ludzie mają tam domy, gospodarstwa, rodziny, warsztaty, oni są stamtąd. Tu u nas też na pewno załatwią z nimi sprawę godziwie, tak jak być powinno...
Oto więc student medycyny, Władysław Kowłowski, pobłogosławiony przez rodziców i zaopatrzony na drogę, wyruszył na wojnę. Obaj młodsi bracia, a także mała siostrzyczka, przy pożegnaniu wpatrywali się w niego jak w obraz. Cała rodzina, wraz ze służącą Stefcią, odprowadziła młodego ochotnika na płocką przystań, skąd po świątecznej przerwie wznowiły swe rejsy statki wiślane. Po drodze wstąpiono do katedry, aby w tej ważnej chwili przyklęknąć w skupieniu. Na nabrzeżu bliscy stali czas pewien, wpatrując się w postać syna i brata, widoczną na rufie oddalającego się za mostem parowca. A po moście przechodzili ludzie, przejeżdżały ładowne wozy, czasem zaterkotał automobil. Wszystko to na tle bezmiaru mgławych wód wielkiej rzeki i wysokiego wczesnowiosennego nieba, pod którym ciągnęły ku północy klucze dzikiego ptactwa.
Niebawem huknęła po Polsce wieść o zajęciu Kijowa. Bito w dzwony, wspominano dawne przewagi Chrobrego. Nawet liczni przeciwnicy tej wyprawy wiwatowali teraz ze wszystkimi: „Powrót do Kijowa! Po upływie dwóch i pół wieku!”. To działało na wyobraźnię. To była rzeczywistość. Zaś główny gród dawnej Rusi miał teraz, z lacką pomocą, stać się stolicą niepodległej i sojuszniczej Ukrainy. Lecz ta inna rzeczywistość, groźniejsza z każdym dniem, nie dała na siebie długo czekać. Andrzej Oliwieński, pamiętając o rodzicielskich napomnieniach, zamierzał uczciwie dotrwać na studiach chociaż do końca roku akademickiego i zdać wszystkie egzaminy. Gdy jednak gruchnęły wieści, że idzie na nas cała armia Budionnego, nie wytrzymał i wraz z kilkoma kolegami zaciągnął się do szwoleżerów.
Sławomir N. Goworzycki
Powyższy tekst jest fragmentem książki Sławomira N. Goworzyckiego Tamtego lata. Zatajona historia Polaków.
Czytaj więcej z tej książki:
Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 1
Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 2
Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 3
Tamtego lata. Zatajona historia Polaków, cz. 4
|