|
Zastanawia nas często, do jakiego stopnia jest w stanie posunąć się orwellizacja naszego świata i jak daleko zabrnie biurokratyzacja współczesnego życia. Jakiś wewnętrzny głos jednak zawsze odzywa się w takich momentach i podpowiada, że lepiej byśmy nie zaznali granic działania tych sił, bo mogą one wychodzić poza najśmielsze oczekiwania nas wszystkich.
Dziś temat zdawałoby się trochę luźniejszy, może nawet romantyczny, szczególnie po ostatnim grzebaniu się w paragrafach biurokratycznego bełkotu Traktatu Lizbońskiego.
Od jakiegoś już czasu biurokracja na świecie, a ostatnio bardzo nachalnie także w Polsce, dała wyraźnie do zrozumienia, że nasze dzieci nie są nasze. Są państwowe, bo skoro urzędnik państwowy może przyjść i pod byle pozorem (że rodzić za młody, za stary, zbyt niezaradny, zbyt biedny, itd..) zarządzić odebranie dzieci ich rodzicom, w świetle tego co nazywa się obowiązującym prawem, to nie można wyciągnąć z tego innych wniosków, jak tylko, iż dziecko nie należy już w tej sytuacji do rodziców, lecz do Państwa.
Tak więc sprawa dzieci jest całkowicie oczywista. A czy nie ciekawiło Państwa jak sprawy maja się np. z narzeczeństwem? Czy narzeczeni należą jeszcze do siebie, by w nieodległej przyszłości związać się węzłem małżeńskim, czy też należą już do biurokratycznego państwa, które, jak w przypadku z dziećmi, pod byle pozorem (że narzeczona za młoda, za stara, zbyt niezaradna, niezbyt mądra, itd..) zarządzą, że nie mogą się pobrać?
Część czytelników pomyśli pewnie, że do tego jeszcze nie doszło. Przykro nam to oznajmić, ale czytelnicy Ci nie doceniają "postępu" jaki dokonuje się na świecie.
Internetowe wydanie brytyjskiego "Daily Mail" opisało kilka dni temu taką oto sytuację:
Pracownicy socjalni zabronili młodej kobiecie na jej własny ślub w niecodziennej awanturze, która podniosła się wokół tematu, czy przyszła panna młoda jest dostatecznie bystra by wyjść za mąż.
Kerry Robertson mającej średnie trudności w uczeniu się, na 48 godzin przed tym, kiedy miała wraz z jej narzeczonym przejść między kościelnymi ławami powiedziano, że jej ślub zostaje wstrzymany.
Panna Robertson, lat 17 zakupiła już suknię ślubną, para zaplanowała kościelną ceremonię, zakupiła obrączki oraz zajęła się organizacją przyjęcia. Jednak dwa dni przed tym, kiedy oczekiwali na złożenie ślubnej przysięgi przed 20 zaproszonych gości, opieka społeczna oznajmiły przyszłej pannie młodej, że będzie musiała odwołać ten wielki dzień, ponieważ "nie rozumie ona następstw wynikających z zawarcia małżeństwa".
Panna Robertson, która jest w piątym miesiącu ciąży stwierdziła, że decyzja jest okrutna.
"Jestem nadal tak zdenerwowana tym wszystkim. Wiem czym jest małżeństwo. To dwoje ludzi chcących spędzić ze sobą resztę życia. Kocham Marka i chcę go poślubić" - mówi.
Panna Robertson z miasta Dunfermline w okręgu Fife (Szkocja - przyp. tłum.), wychowała się pod opieką babci, korzystając z opieki społecznej, odkąd miała 9 miesięcy, a jej rodzice nie byli w stanie się nią opiekować.
W styczniu tego roku, poznała Pana McDougall'a, 25-letniego artystę z Arbroath. Kiedy Panna Robertson zaszła w ciążę, oboje zaczęli robić przygotowania do ślubu. Pan McDougall powiedział, że koszmar zaczął się ostatniego czwartku, gdy wynajmowane przez nich od czterech miesięcy mieszkanie, odwiedziło dwóch pracowników opieki społecznej.
"Właśnie wychodziliśmy by dokonać ostatecznych ustaleń dotyczących ślubu, gdy usłyszeliśmy gorączkowe pukanie do drzwi." - powiedział.
"Kiedy otworzyliśmy drzwi, do środka wpadło dwóch pracowników opieki społecznej i powiedzieli nam, że małżeństwo było nielegalne, ponieważ Kerry ma trudności z uczeniem się i nie posiada ogólnych zdolności do podjęcia tego rodzaju decyzji.
Kerry zaczęła płakać, lecz pracownicy opieki byli nieustępliwi, mimo argumentów, że się wzajemnie kochamy, że nie chcemy by nasze dziecko narodziło się jako nieślubne".
W zgodzie z prawem w Szkocji, Urząd Stanu Cywilnego może odmówić udzielenia ślubu parze, jeśli wierzy, że jedno lub oboje zgłaszających się osób nie posiada ogólnych zdolności umysłowych by pojąć czym jest instytucja małżeńska. W bardzo niezwykły sposób Urząd Stanu Cywilnego w Dunfermline odmówił usankcjonowania małżeństwa po tym, gdy Rada Fife, (której podlega Opieka Społeczna - przyp. tłum.) napisała sprzeciw w tej sprawie.
Pan McDougall twierdzi, że trudności z uczeniem się panny Robertson nie są poważne.
"To prawda, że nie jest świetną uczennicą" - mówi. "Ale daleko jej do bycia głupią, jak sugeruje to opieka społeczna. Jest kochającą, troskliwą osobą. Potrafi czytać i pisać, może nie za dobrze, ale zamierzała iść na uczelnię, by nadrobić zaległości. Nie wiedziałem nawet o jej trudnościach z uczeniem się, dowiedziałem się o tym dopiero po dwóch miesiącach spotykania się. W tamtym okresie pracownicy socjalni twierdzili, że są zadowoleni, że jesteśmy razem i wydawali się życzliwi i pomocni. Po raz pierwszy w życiu Kerry była naprawdę szczęśliwa, więc naprawdę nie wiemy czego dotyczy całe to zamieszanie".
Para martwi się, że ich nienarodzone dziecko, chłopiec, który już nosi imię Ben, może zostać im odebrany, jeśli rada Fife osądzi Pannę Robertson jako niezdolną do matczynej opieki. Panna Roberts stanęła obecnie przed psychologiczną ewaluacją, która ma określić, czy jest na tyle nieinteligentna, by nie móc wyjść za mąż.
Pan McDougall powiedział: "Razem będziemy walczyć do końca. Mamy odczucie, iż do faktu, że chcemy się pobrać powinno się nas zachęcać a nie zabraniać nam tego".
Helen Townsend z Rady Fife powiedziała: "Nie możemy opowiadać szczegółów na temat indywidualnych spraw z powodu poufności".
Czy mogą Państwo w to uwierzyć?
Wiemy, że artykuł ten może wywołać mieszane uczucia, ale tylko pozornie. Szczególnie gdy nie posiadamy ogólnej wiedzy np. o prawie w Szkocji. Na zapewne rodzące się w głowie niektórych z czytelników wątpliwości w ocenie tej sprawy odpowiemy tak.
Po pierwsze, nie chcielibyśmy oceniać dziś, czy ludzie tacy jak opisana para są pożyteczną częścią społeczeństwa, czy tez są jego pasożytami. Wiemy jedno. Niezależnie od stanu umysłu, wiedzy i uprawianego zawodu, są pełnoletnimi, wolnymi ludźmi. Przynajmniej powinni być w teorii.
W Szkocji zdolność prawną uzyskuje się w wieku lat 16, co określa Szkocki "Age of Legal Capacity Act" z 1991 roku i jest to także wiek od którego można zawierać w Szkocji legalne związki małżeńskie. Kelly Robertson jest więc w Szkocji osobą pełnoletnią i do zawarcia małżeństwa nie potrzebuje nawet zgody jej niedawnej legalnej opiekunki - babci. Ale w dobie "postępu" potrzebuje jednak zgody urzędnika.
Po drugie, choć nie wiemy jaką sztuką zajmuje się przyszły małżonek, a 25 lat to dla mężczyzny może jeszcze nie wiek pełnej dojrzałości życiowej, niemniej jednak znamy osoby, które w takim wieku, parając się wolnymi zawodami artystycznymi, radzą sobie całkiem przyzwoicie nawet w Polsce a co dopiero w UK, gdzie co tu ukrywać, kultura i działania z nią związane stoją na poziomie niewyobrażalnym dla przeciętnego Polaka.
Nie można więc z góry zakładać, że 25 letni artysta, niedoszły przyszły małżonek, jest niezaradny i jedyne co zrobi po zawarciu związku małżeńskiego, to wyciągnie rękę po zapomogę na koszt innych podatników. A kto wie czy np. za kilka dni nie napisze piosenki, nie namaluje obrazu czy czym sie tam zajmuje, które przysporzą mu sławy i pieniędzy?
Tyle na temat wątpliwości.
Nas, poza całym absurdem opisanego przez Daily Mail zdarzenia, zaciekawiła jedna sprawa: zdaniem urzędników państwowych, jakich następstw wynikających z małżeństwa można nie rozumieć? "... że Cię nie opuszczę aż do śmierci"? "... i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość"? Może dla urzędnika są to słowa trudne i niezrozumiałe, ale jak widać nawet z krótkiego artykułu, dla mającej trudności z uczeniem się 17-latki wcale nie.
Jedyną trudną do zrozumienia kwestią w przysiędze małżeńskiej wypowiadanej w czasie ceremonii kościelnych w kościołach chrześcijańskich może być np. "... tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny". Pojęcie Trójjedynego Boga rzeczywiście może być teologicznym zagadnieniem trudnym do zrozumienia, lecz w takim razie Urzędnicy w Szkocji powinni zabronić zawierania ślubów w ogóle. No chyba, że przyszli małżonkowie legitymują się doktoratem z teologii.
A może chodzi o to, że nie da się pojąć, iż nowo upieczony małżonek stanie się głową rodziny i na nim spocznie obowiązek jej utrzymania, co może spowodować, że Opieka Społeczna straciłaby "klientkę"? W skali jednostki nie byłoby to groźne, lecz pomyślmy, co stałoby się, gdyby wszystkie "klientki" opiekuńczej społecznie opieki, oddały się pod opiekę kochających i pracowitych mężów, którzy w pocie czoła zarabialiby na utrzymanie rodzin? Zgroza! Mogłoby się okazać, że Pomoc Społeczna nie jest już potrzebna i trzebaby wziąć się do uczciwej i pożytecznej pracy.
Czy zwrócili Państwo uwagę na stwierdzenie, że w pewnym okresie "urzędnicy byli zadowoleni z tego, że para była razem i nawet wydawali się życzliwi i pomocni"?
Warto zwrócić na to uwagę. "Postęp" bowiem spowodował, że doszło do tego, iż urzędnik już nie tylko kontroluje randkowe poczynania obywateli, ale nawet wyraża swoje zadowolenie lub niezadowolenie z tego powodu!
Co dalej? Konkursy na okręgi i gminy, w których będą najbardziej uszczęśliwieni urzędnicy państwowi? Plakaty w urzędach z napisami: "Obywatelu, uszczęśliw dziś twego urzędnika" lub "Dzień bez szczęścia w oczach urzędnika, dniem straconym"?
Tekst z Daily Mail, jak zresztą każdy inny dotyczący działań tzw. Pomocy Społecznej, która przekracza granicę dawno ustanowionych norm międzyludzkich i zasad moralnych, zwraca uwagę na coś jeszcze. Pokazuje, czym różni się pomoc od pomocy społecznej. Część czytelników odpowie zapewne, że tym samym, czym sprawiedliwość różni się od sprawiedliwości społecznej a krzesło od krzesła elektrycznego. I rzeczywiście. Owa prawidłowość lub raczej przypadłość dotycząca przymiotnika "społeczny", rysuje się w naszych czasach coraz wyraźniej.
Źródło: Świat Orwellowski
|