|
Ujawnienie przez prokuraturę ekspertyz z odczytu rekordera głosowego Tu-154M i błędów BOR to dla prezydenta Bronisława Komorowskiego "hasanie" biegłych.
Ekspertyza fonoskopijna z CVR sporządzona przez biegłych z krakowskiego Instytutu Sehna została wykonana na zlecenie prokuratury wojskowej, biegli pracowali pod rygorem odpowiedzialności karnej. Ich ustaleń pan prezydent nie może podważać - podkreślają prawnicy, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik".
Takiego niezręcznego, najłagodniej mówiąc, zestawienia Bronisław Komorowski dokonał w czwartek w TVN24. Prezydent, rozwodząc się nad koniecznością zmian w prokuraturze, odniósł się też do kwestii smoleńskiej. Stwierdził m.in., że ujawnienie przez prokuraturę odczytów czarnych skrzynek dokonanych przez biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych prof. Jana Sehna w Krakowie jest jednym z sygnałów świadczących o tym, że w prokuraturze dzieje się źle. Prezydent podkreślił, że to go co najmniej dziwi. - To są sygnały o jakimś hasaniu, tak powiem, niejasnych zupełnie motywów w Prokuraturze Generalnej - powiedział Komorowski. Dopytywany o to, jak należy traktować raport komisji Jerzego Millera i jego tezę o obecności gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, skoro już teraz wiadomo, że głos, który przypisano dowódcy Sił Powietrznych, nie był jego głosem, prezydent ocenił, że "to są pytania do ekspertów". - Jedni eksperci odczytają tak, inni inaczej. Przecież tych taśm nie odczytuje minister spraw wewnętrznych i administracji. Problem polega na tym, że jedni tak to interpretują, inni inaczej - wywodził. Dodał przy tym, że wolałby, żeby nic z raportu Millera nie było podważane, bo społeczeństwo przede wszystkim "oczekuje jednoznaczności". - Ale potwierdza to moją opinię wygłoszoną bardzo wcześnie po katastrofie, że tak naprawdę do końca będziemy żyli z różnymi wątpliwościami, ale z jedną także pewnością. Pewność jest taka, że źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych - powiedział prezydent.
W ocenie prawników, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik", wypowiedź Komorowskiego wskazuje nie tyle na subiektywizowanie z jego strony kwestii samych badań, ile na jego kompletną ignorancję co do tego, na jakiej zasadzie odbywa się postępowanie prokuratury a na jakiej komisji Millera. - Tu nie ma dwóch różnych opinii biegłych, dwóch różnych pełnowartościowych ekspertyz, które można byłoby w ogóle porównywać. Opinia z Krakowa została sporządzona na potrzeby śledztwa prokuratorskiego, biegli pracowali pod sankcją odpowiedzialności karnej, byli uprzedzeni o odpowiedzialności karnej za ewentualne uchybienia, czyli m.in. podanie nieprawdziwych danych. Prokuratorzy biorą pod uwagę fakty, nie żaden kontekst sytuacyjny, tak jak zrobiły to osoby z komisji Millera. Osoby nieuprawnione z PKBWLLP dokonały przypisania pewnych fraz generałowi Błasikowi. Pan prezydent zamiast upolityczniać całą sprawę, powinien zbadać tę kwestię, a nie relatywizować badania biegłych - zauważa mecenas Bartosz Kownacki, pełnomocnik prawny wdowy po dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeju Błasiku. - Pan prezydent nie może podważać ustaleń biegłych. Ustalenia te może zakwestionować tylko inny biegły w oparciu o konkretne badania naukowe - dodaje Andrzej Dera (SP), prawnik z wykształcenia.
Pod raportem polskiej komisji, który podtrzymuje MAK-owską tezę o obecności gen. Błasika w kokpicie, podpisali się wszyscy członkowie komisji. W sumie 34 osoby. Nikt jednak nie chce przyznać się do tego, że to właśnie on rozpoznał głos gen. Błasika. Komisarze Millera przyznają, że przypisali niektóre frazy Błasikowi na podstawie kontekstu sytuacyjnego. Zrobili to, chociaż głosu dowódcy Sił Powietrznych nie rozpoznali eksperci z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego.
Prawnicy podkreślają z całą mocą: ekspertyza biegłych wywołana na zlecenie prokuratury to poważny dowód w śledztwie. - W polskim prawie karnym nie ma podziału na dowody mocne i słabe. O tym, czy ekspertyza biegłych będzie brana pod uwagę jako rozstrzygająca, zadecydują prokuratura i sąd. Oczywiście jest to poważny dowód w sprawie, dowód jak najbardziej wiarygodny, podparty wysokim autorytetem krakowskich specjalistów cieszących się międzynarodowym prestiżem - podkreśla prof. Piotr Kruszyński, karnista z UW. To samo mówi prokuratura wojskowa. - Jest to opinia biegłych i dowód w sprawie. W procedurze karnej nie ma takiego sformułowania jak dowód rozstrzygający - wyjaśnia krótko prokurator płk Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Prokuratura może jeszcze wystąpić o uzupełnienie opinii krakowskich biegłych. Może wezwać tych samych biegłych, którzy ekspertyzę sporządzali, lub też powołać nowych. Umożliwia to kodeks postępowania karnego, a konkretnie art. 201 kpk. Czy jednak to zrobi? Na to pytanie płk Szeląg nie odpowiada. - Nie informujemy o jakichkolwiek przyszłych działaniach prokuratury - kwituje.
Relatywizm badawczy niepożądany
Zdaniem biegłych w dziedzinie fonoskopii, sytuacja, w której jeden ekspert w danej sprawie może mieć takie zdanie, a drugi - inne po zakończeniu prac, jest nierealna. Jest to dopuszczalne jedynie podczas samego procesu badawczego, niedopuszczalne jest natomiast, by taka zasadnicza rozbieżność zdań nastąpiła we wnioskach końcowych. Rozbieżność ta nie jest też pożądana, jeśli chodzi o badanie tej samej sprawy przez dwa różne organy.
- Jeżeli mamy dwie różne opinie na temat tej samej sprawy, to taka rzecz jest nie do zaakceptowania. Oznacza to, że jedna strona się myli, dlatego byłaby potrzebna weryfikacja zastosowanych metod badawczych. Gdzieś musi być błąd - albo w przyjętej metodzie badawczej, albo w rozpoznaniu kontekstu sytuacyjnego - ocenia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Bogdan Rozborski, ekspert w dziedzinie fonoskopii, biegły przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Jego zdaniem, rozpoznanie głosu na podstawie kontekstu sytuacyjnego to sprawa wielce ryzykowna. - To nie jest prawidłowa identyfikacja, kontekst sytuacyjny nie może być czynnikiem rozstrzygającym w żadnym wypadku - mówi. Odsłuchu nagrań należy zawsze dokonywać w warunkach laboratoryjnych. - Zasada jest taka, że najpierw dokonuje się identyfikacji wewnątrz materiału - musimy przyporządkować poszczególne wypowiedzi poszczególnym mówcom. Dokonać wewnętrznego podziału wypowiedzi na poszczególnych mówców. Dopiero potem możemy rozpocząć prace identyfikacyjne z wykorzystaniem próbek porównawczych. To praca bardzo żmudna, zależy od ilości i jakości materiału dźwiękowego, jakim dysponujemy - zaznacza Rozborski.
Pierwsze odsłuchanie nagrań z pokładowego rejestratora dźwięków nastąpiło w Moskwie, w pomieszczeniu biurowym MAK. Nie uczestniczył przy tym żaden fonoskop. Analizy materiału dla komisji Millera dokonało Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Jak podkreśla Rozborski, obecnie CLK przestaje być szczególnie aktywną placówką, a znaczenie pierwszorzędne mają zdolności i doświadczenie samego fonoskopa.
Sztuczne wąsy Morozowa
Mogło być tak: w jednej z polskich stacji telewizyjnych wystąpił Aleksiej Morozow. Zastępca przewodniczącej Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego powtórzył znane od ponad roku stanowisko swojej instytucji. - Wolałbym, żeby ani jedno słowo, ani jeden przecinek z raportu nie były podważane. Pewność jest taka, że źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych - stwierdził, zupełnie nie przejmując się ustaleniami polskich ekspertów, nawet tych z komisji Millera. MAK zazwyczaj całkowicie ignoruje wszelkie opinie powstałe poza nim samym albo stara się je zdyskredytować. Tak było i tym razem. - Opublikowanie opinii biegłych w sprawie, badających problem katastrofy smoleńskiej, poprzez rzecznika prokuratury okręgowej jest czymś, co musi co najmniej dziwić. To są sygnały o jakimś hasaniu z zupełnie niejasnych motywów - twierdzi, niestety, nie ujawniając własnych podejrzeń co do tych motywów. Wprawdzie wojskowa prokuratura okręgowa nie ma swojego oddzielnego rzecznika, a wyniki ekspertyzy przedstawiał jej szef, który jest przełożonym prowadzących sprawę prokuratorów, ale to nie zmienia faktu, że jego motywy są niejasne. Zresztą, czytając raport MAK, przyzwyczailiśmy się już, że chodzi o ogólny wydźwięk moralno-polityczny, a nie o jakieś szczegóły.
Dziwne było natomiast coś innego. Dlaczego Morozow przebrał się za prezydenta Bronisława Komorowskiego? Nawet przylepił sobie wąsy. I zaczął mówić o prokuraturze w Polsce. Na pewno w Moskwie oczekiwane są takie zmiany w tej instytucji, które zaowocują w niej chaosem i bezwładem. Dlatego zastępca Anodiny popiera kolejne przekształcenia. - Zbiera się wystarczająca ilość sygnałów potwierdzających moją tezę o konieczności zmian dotyczących ustroju prokuratury na drodze ustawowej - powiedział. Jakie zmiany proponuje MAK? Oczywiście "głębokie". I jakie jeszcze? Takie, "aby prokuraturę przebudować w ten sposób, żeby zmniejszyć lub wyeliminować ryzyko konfliktu wewnętrznego". Może to zdanie nie jest najzgrabniejsze, ale sens pozostaje jasny: śledczym potrzeba przede wszystkim jednomyślności.
Nie tak dawno rządząca partia Kraju Przywiślańskiego przeprowadziła reformę prokuratury. Oddzielono ją od władzy wykonawczej, jej szef jest teraz zupełnie, ale to zupełnie niezależny i... ciągle źle. Szczególnie w pionie wojskowym. Na przykład postrzelił się, i to nieskutecznie, prokurator Przybył. Cóż za pomyłka. O ile byłoby lepiej, gdyby się zaraz zastrzelił jeden z referentów śledztwa smoleńskiego. A taki podpułkownik Kopczyk na przykład, to jakby zupełnie nie rozumiał, co wolno oficerowi Ludowego Wojska Polskiego. Jeździ z kolegami do Smoleńska, a tam jacyś dziwni eksperci coś mierzą, fotografują. Potem w Moskwie zadają jeszcze kłopotliwe pytania samemu naczalstwu lotniska wojskowego. I jeszcze, o zgrozo, oglądają wysokościomierze. Po co im to wszystko, skoro MAK już przeprowadził wszelkie niezbędne badania. Nawet takie, których nikt inny nie wykonuje, i ustalił wszystko, jak było. A były naciski i próba lądowania w złych warunkach. I właśnie takiej jednomyślności potrzebuje prokuratura.
Komorowski wrabia załogę
Z pilotem rozformowanego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, rozmawia Anna Ambroziak.
Prezydent Bronisław Komorowski publicznie powiela tezy MAK i raportu Millera - źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w nieodpowiednich warunkach pogodowych.
- Ta wypowiedź wpisuje się doskonale w kreowaną od początku tezę, że załoga była źle wyszkolona i nie współpracowała ze sobą. Co więcej, załoga była bez uprawnień do wykonywania lotów i miała za plecami pijanego generała zmuszającego pilotów do wykonania zadania wbrew logice, na w pełni sprawnym technicznie samolocie Tu-154M. Ta załoga bezmyślnie schodzi poniżej minimalnej wysokości zniżania, dolatując do lotniska, łamiąc podstawowe zasady wykonywania lotów, a mjr Arkadiusz Protasiuk świadomie przełącza wskazania wysokościomierza z ciśnienia lotniska na standardowe, aby oszukać TAWS. Otóż nikt z przeprowadzających owe badania ani wypowiadających się ekspertów analizujących owe dokumenty nie przekonał mnie, że tak było. Odnoszę wrażenie, że opublikowane raporty są tworem komisji, które sprawdzały niepotwierdzone w pełni tezy przekazywane w niezrozumiały sposób sobie nawzajem przez MAK i Edmunda Klicha znanego ze swojego negatywnego nastawienia do nas, wojskowych pilotów.
Zastanawia mnie fakt, że po kilku dniach od katastrofy ogłasza się światu, że samolot był w 100 proc. sprawny, na podstawie odczytu z czarnych skrzynek, których los od katastrofy do momentu odczytu nie jest w pełni jasny, nie badając skrupulatnie wraku. Okazuje się, że załoga poprawnie ze sobą współpracowała i prawidłowo podawana była w załodze wysokość barometryczna. Zarzuca się jednak pilotom, że brali pod uwagę wysokość z radiowysokościomierza, co było standardową procedurą opisaną w instrukcji użytkowania samolotu. Major Arkadiusz Protasiuk 7 kwietnia był członkiem załogi lecącego do Smoleńska tupolewa i wówczas poprawnie używał TAWS, a już 10 kwietnia zamiast wcisnąć przycisk "terrain inhibit", jak zrobił to w poprzednim locie, bądź wydać komendę na wykonanie tej czynności - w niezrozumiały sposób "próbuje oszukać urządzenie", zmieniając wskazania wysokościomierza. Co więcej, okazuje się, że głos przypisany dowódcy Sił Powietrznych nie był wskazany w żadnej ekspertyzie, a polska komisja z kontekstu sytuacyjnego wskazuje na bezsprzeczną obecność pana gen. Andrzeja Błasika, przypisując mu słowa nieodczytane w ostatniej ekspertyzie i budując na tej tezie cały raport.
Ostatecznie nie wyjaśniono, dlaczego samolot, dolatując do lotniska, roztrzaskał się, pomimo że odczytano, iż załoga odchodzi znad lotniska na wysokości około 100 m, a sławny już przycisk odejścia nie zadziałał, chociaż jest to możliwe, aby ten samolot wykonał ten manewr w taki sposób.
Komorowski wolałby, żeby nic z raportu Millera nie było podważane. Jak argumentuje, społeczeństwo oczekuje przede wszystkim jednoznaczności.
- Moim zdaniem, błędne jest myślenie, że powinno się ślepo wierzyć w ustalenia komisji Millera, zwłaszcza że wspomniany raport jako dokument powinien być tak skonstruowany, aby tezy w nim zawarte same się broniły. Niestety, rzeczywistość wskazała, że ustalenia zawarte w raporcie upadają, jest wiele sprzecznych informacji. A to powoduje, że ludzie sami próbują odpowiedzieć sobie na nurtujące ich wątpliwości, dając tym samym impuls do powstawania czasami dziwnych hipotez.
Czy można w ogóle mówić tu o jednoznaczności w odniesieniu do ustaleń komisji Millera?
- Uważam, że nie byłoby tego pytania, gdyby komisja swoje ustalenia oparła na rzetelnych i jednoznacznych dowodach, wyjaśniając wszystkie aspekty w sposób niebudzący wątpliwości. Stało się jednak inaczej, a dokument próbujący wyjaśnić okoliczności narodowej tragedii w opinii polityków i większości społeczeństwa sprowadza się do stwierdzenia, że samolot zniżył się poniżej wysokości 100 m w dolocie do lotniska, w fatalnych warunkach atmosferycznych, co było przyczyną tej katastrofy daleko przed progiem drogi startowej. Tylko jeszcze mi nikt nie wyjaśnił, dlaczego samolot w rzeczywistości znajdował się już pod ziemią (w jarze), będąc w dolocie do BRL (bliższej radiolatarni) znajdującej się ponad kilometr od progu drogi startowej, gdy - jak się okazuje - w załodze odczytywana była prawidłowa wysokość barometryczna.
Prezydent banalizuje wielomiesięczną pracę biegłych?
- Powszechnie wiadomo, że żadna ekspertyza przeprowadzona przez ekspertów poszczególnych instytucji nie wskazywała na obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, a - jak potwierdził to pan Maciej Lasek z Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w programie pani Moniki Olejnik w TVN24 - głos przypisano generałowi na podstawie "kontekstu sytuacyjnego". Z tego wniosek, że zrobili to eksperci z komisji Millera. Ale czy w takim momencie można mówić o podważaniu wiarygodności analizy Instytutu Ekspertyz Sądowych? W tym przypadku skłonny jestem mówić o obiektywizmie pracy Instytutu, w przeciwieństwie do oceny pracy, w tym przypadku ekspertów z komisji, którzy działali pod nadzorem rządowym.
Jak Pan ocenia fakt, że żaden z członków komisji Millera nie chce się przyznać do identyfikacji głosu gen. Błasika, jednocześnie utrzymując, jakoby wszyscy go rozpoznali?
- Z wywiadów z poszczególnymi członkami komisji, które przytaczane były przez media, w tym "Nasz Dziennik", wynika, że nikt nie zidentyfikował głosu gen. Andrzeja Błasika. A przynajmniej nikt nie miał odwagi cywilnej, aby się do tego przyznać i powiedzieć, dlaczego tak zrobił. Natomiast patrząc na cały raport, odnoszę wrażenie, że obecność generała w kokpicie była komisji na rękę. Przypuszczam, że MAK, kreując postać gen. Andrzeja Błasika jako pijanego generała wywierającego naciski na załogę, tym samym odpowiedział na nurtujące pytania, dlaczego Tu-154M znalazł się tak nisko, tak daleko od progu drogi startowej w tak fatalnych warunkach atmosferycznych, a załoga ze sobą nie współpracowała. Komisja Millera co prawda wskazała, że generał nie wywierał - jak to ujęto - bezpośrednich nacisków, ale nie podała tych faktów, które zostały ujawnione wiele miesięcy po katastrofie, a które mają jednak istotne znaczenie. A w opinii publicznej będzie funkcjonowało przeraźliwie krzywdzące przeświadczenie, że w kokpicie poza źle wyszkoloną załogą był też generał, który co prawda nie wywierał nacisków, ale jego obecność mogła mieć wpływ na zaistnienie tragedii.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Ambroziak
Piotr Falkowski
Źródło: Nasz Dziennik
|