|
O walentynkach, bujaniu w obłokach i schodzeniu na ziemię z Józefem Baranem, poetą, autorem ok. 30 książek, laureatem m.in. Nagrody Kościelskich, rozmawia Szymon Babuchowski.
Szymon Babuchowski: Nie drażni Cię cały ten walentynkowy rozgardiasz? Hipermarkety wystrojone serduszkami, producenci prześcigający się w wymyślaniu coraz to nowych gadżetów…
Józef Baran: – Z walentynkami jest trochę tak jak kiedyś z Dniem Kobiet. Raz do roku mężczyźni przynosili kwiaty kobietom i mieli z głowy. Tymczasem takie świętowanie powinno trwać przez cały rok.
Ale myślisz, że to tylko moda? Może kryje się za tym jakaś głębsza potrzeba?
– Oczywiście: żeby kochać i być kochanym. Tyle że walentynki kojarzą się głównie z pierwszym, młodzieńczym etapem fascynacji. A dojrzała miłość to nie patrzenie sobie w oczy, ale patrzenie w jednym kierunku.
Ja tam lubię patrzeć w oczy mojej żony…
– Zakochanie jest piękne, ale młodzi ludzie nawet sobie nie wyobrażają, w jak długą wyprawę się wybierają. Myślą: będzie wesele, noc poślubna i „żyli długo i szczęśliwie”. Ja porównałbym małżeństwo raczej z wędrówką Żydów przez pustynię. Młody człowiek wybiera się na tę wyprawę z małym plecaczkiem, a tu potrzebny jest wielki ekwipaż. Tolerancja dla błędów drugiej osoby, wyrozumiałość, ale także wolność. By nie wchodzić sobie z butami do serca, uszanować pewne tajemnice. Wiele związków moich znajomych, które łączyła taka „gorąca” miłość, rozpadło się, bo małżonkowie byli w „uścisku” zbyt bliskim. Nie pozwalali sobie na to, żeby być sobą.
Jeden z Twoich wierszy nosi tytuł „List do męża zamieszkałego w tym samym pokoju”. Okazuje się w nim, że po wielu latach wspólnego życia wcale nie jest łatwiej wyznawać sobie miłość…
– Tak, dzisiaj ludzie coraz częściej mijają się w ciągu dnia. Jesteśmy współczesnymi nomadami – w ciągłych rozjazdach. Mniej jest czasu na pielęgnację więzów międzyludzkich. Miłość też staje się naskórkowa.
Dawniej tak nie było?
– Moi rodzice przez całe życie byli razem. Wspólnie orali pole, mieli podobne zainteresowania, tematy do rozmów. Wszystko było prostsze.
Często wracasz w wierszach do rodzinnego Borzęcina. Myślisz, że ten czas ukształtował Cię jako poetę?
– Na pewno. Urodziłem się w cieniu, czy może raczej w blasku wieży kościelnej. Patriarchalna rodzina, w której nigdy nie było rozwodów, odcisnęła na mnie swoje piętno. Pomagałem w pracach polowych ojcu, przy pasaniu krów przeczytałem mnóstwo książek. Dość szybko z tego domu rodzinnego wybyłem, ale później często powracałem, także w wierszach. Pisząc, najpierw odkrywałem siebie, swoich sąsiadów. Opowiadałem o małej ojczyźnie, dzieciństwie, które mitologizowałem. Może wynikało to też trochę z ducha czasu, pewnej mody na poszukiwanie źródeł i korzeni.
Dzisiaj to już chyba nie jest modne.
– Nie. Jest odwrót od rodzimości, ten temat otacza pewna wstydliwość. Może to dlatego, że pootwierały się granice. Tamten ustrój zamykał jednak w opłotkach. Co nie znaczy, że to było złe dla poezji. Bo w kropli też można zobaczyć wszechświat.
Nie wstydzisz się w wierszach czułości…
– Dla mnie poezja jest formą miłości, czyli jednak akceptacji życia, stworzenia, Stwórcy. Bardziej cenię poetów, którzy próbują ze świata wydobyć to, co piękne i mądre, niż tych, którzy demaskują jego okrucieństwo. Od Różewicza wolę księdza Twardowskiego.
A co sądzisz o współczesnej liryce miłosnej?
– Teraz modne jest takie śmiałe, bezpruderyjne pisanie o erotyce. Ale często ogranicza się to do opiewania fizjologicznych kontaktów mężczyzny i kobiety. To bardzo instrumentalne traktowanie miłości.
Co jest tego przyczyną? Lęk przed banałem?
– Być może. Bo z drugiej strony sporo ciągle mamy liryki miłosnej, bujającej w obłokach, sielankowej, sentymentalnej. Bardzo łatwo przy pisaniu poezji miłosnej popaść w kicz. A przecież każde uczucie jest świeże. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią dla niego formę. Na pewno rozwiązaniem nie jest epatowanie pornografią. To też banał, tyle że innego rodzaju.
Jak zatem pisać o miłości, żeby nie było banalnie?
– Z wielką poezją jest jak z wielką miłością: powinna poruszać jednocześnie głowę, serce i zmysły. Nie można poprzestawać tylko na jednej z tych trzech sfer. „Obłoczną” poezję trzeba koniecznie sprowadzić na ziemię, żeby zaczęła w tych wierszach krążyć krew. Lirykę miłosną odnowili m.in. Tetmajer czy Pawlikowska-Jasnorzewska. Leśmian widział miłość na tle natury. Jego wiersze były jednocześnie erotyczne i mistyczne, ziemskie i kosmiczne.
Ciebie przed skostnieniem języka chronią chyba podróże.
– Tak, człowiek, wyruszając w świat, odświeża się. Kiedy przyjeżdżam do nowego kraju, jestem trochę jak niewidomy, który stąpa ostrożnie po ziemi, albo jak reporter, zadający naiwne pytania. Z czasem te pytania stają się coraz mądrzejsze, ale to doświadczenie rozwala skorupę rutyny.
Łatwo Ci się przekłada nowe spostrzeżenia na wiersz?
– Długo nie umiałem pisać o swoich podróżach. Teraz mam notatnik, w którym zapisuję zachwyty, uwagi, pomysły. Po powrocie najpierw piszę dziennik, ale obok tego powstaje cały cykl wierszy. Tak powstawały cykle dotyczące Australii, Singapuru, Stanów Zjednoczonych czy Brazylii.
W tych utworach też jest wiele miłości.
– Ja zawsze miałem miłosny stosunek do świata, życia, kobiet. Myślę, że to charakteryzuje poetę. Podróże też były moją pasją. Bo poeta to jest człowiek gorący.
W zaskakujących „Wierszach szpitalnych” nawet trudne doświadczenie raka porównałeś do podróży…
– Na pewno choroba była traumatycznym momentem w moim życiu, a obrazy bardziej niezwykłe i wstrząsające niż podróż na Antypody. Bardzo cenię sobie ten cykl. Kiedy drukowałem go w prasie, ludzie pisali do mnie, że te wiersze dają im nadzieję na wyzdrowienie. Okazały się potrzebne.
A Tobie były potrzebne? Ponazywałeś sobie pewne rzeczy w życiu?
– Człowiek uczy się w takich sytuacjach pokory. Mam świadomość kruchości życia. Nauczyłem się też cieszyć z tego, co mam, każdego dnia. Ale po paru latach powoli zapomina się o tym, co było, i zaczyna się wchodzić w rytm życia sprzed choroby.
Czytasz czasem te wiersze, żeby sobie przypomnieć, jak to było?
– Czytywałem na spotkaniach autorskich, ale teraz to już jest daleko ode mnie. Człowiek, jak ma dobrze, to zapomina, że było mu kiedyś źle.
Źródło: Gość Niedzielny
|