|
- Już zawierając małżeństwo, młodzi myślą o rozwodzie – mówi o. Mirosław Pilśniak, wieloletni duszpasterz rodzin. - Młodzi nie chcą słuchać o nierozerwalności małżeństwa, więc księża o tym nie mówią – twierdzi bp Stanisław Stefanek.
Marcin Jakimowicz: Czy zauważył Ojciec, że dla młodych przygotowujących się do małżeństwa, rozwód jest po prostu jedną z opcji? Na wypadek, gdyby „nie wyszło”.
O. Mirosław Pilśniak: – Niestety, mam wrażenie, że ludzie dali sobie wmówić coś takiego, że jeśli małżeństwo się nie udaje, to pozostaje rozwód. To jest zupełne nieporozumienie, które tkwi w nas tak głęboko, że ludzie już na etapie zawierania małżeństwa zastanawiają się na tym, czy się rozwiodą, czy nie. Pojawia się to nawet w formie takiego pozornie niewinnego żarciku, który czasem słyszę, gdy młodzi przychodzą do kancelarii parafialnej. Mówią: „Ojcze, jesteśmy trochę zagubieni, nie wiemy, co mamy teraz załatwiać, bo my dopiero pierwszy raz…”. Ten żarcik ma rozładować napięcie, ale on w tle niesie w sobie coś bardzo groźnego, otwiera pewną furtkę. Strasznie się spinam, gdy słyszę to hasło.
Co Ojciec mówi narzeczonym, którzy pytają: Dlaczego Kościół tak radykalnie zakazuje rozwodów?
– Kościół nie zakazuje rozwodów, bo nie jest instytucją policyjną. Kościół nie uznaje rozwodów – nie widzi sensu w próbach rozerwania istniejącego małżeństwa. Próba udawania, że małżeństwa nie ma, jest chowaniem się w krzakach, zamiast zmierzeniem się z niepowodzeniem życiowym. W deklaracji o nierozerwalności małżeństwa z jednej strony tkwi pewna restrykcja, że wierzący nie ma brać pod uwagę możliwości rozwodu jako jednej z opcji rozwiązania spraw konfliktowych, ale rzadko mówimy o nieprawdopodobnej obietnicy, która tkwi w nierozerwalności małżeństwa: człowiek otrzymuje od Boga raz na zawsze tego drugiego, ukochanego człowieka, którego nikt i nic nie będzie mogło mu odebrać. Żyłka mu pęknie, straci pamięć, zwariuje – nikt nie jest w stanie przekreślić, zniwelować tego małżeństwa. Posiadanie takiej nienaruszalnej rzeczy jest niewiarygodną obietnicą i wartością.
Ale my boimy się rzeczy stałych. Wszystko jest dziś na próbę. Nie ma nic pewnego. Nawet żenimy się na próbę…
– Tak, ponieważ nie mamy przekonania o istnieniu czegoś stałego, trwałego na świecie. Kultura postmodernistyczna zakłada, że lepiej wyobrażać sobie swoje istnienie w świecie, w którym nie ma niczego stałego: każdy ma swoją prawdę, swoją drogę… Problem w tym, że jeśli każdy zbuduje coś nietrwałego, bardzo indywidualnego, to w efekcie skończy się to potworną samotnością. Dewiza: „Żyjmy na maxa” jest desperacką próbą wypełnienia tej koszmarnej pustki, która tworzy się, gdy człowiek jest przekonany, że na tym świecie nie ma niczego stałego. Niedawno słyszałem reklamę: „Życie na maxa jest krótkie. Życie nie na maxa jest bezwartościowe”. Bzdura!
Przychodzą małżonkowie i mówią: rozwodzimy się, klamka zapadła. Czy zdarzały się Ojcu sytuacje, że po waszych spotkaniach pozostali małżeństwem?
– Jasne, że tak… W chwili próby załamania więzi diabeł podsuwa pokusę: rozwiąż tę sytuację, zwiewaj jak najdalej. To rozwiązanie narzuca się z dwóch stron; albo „ten drugi” okazał się nie taki, jakim go sobie wyobrażałam, albo „to ja zawaliłem, nie nadaję się, nie dojrzałem”. Czyli rozdrapywanie ran, szukanie w sobie winy. Czym innym jest jednak uznanie swoich ograniczeń i walka o małżeństwo, a czym innym bezradna kapitulacja. Duszpasterze często spotykają takie osoby. Pomocą jest dla mnie nowa pedagogika; umiejętność słuchania, zrozumienia drugiej osoby bez próby udzielania dobrych, powierzchownych rad. Człowiek bezradny, szukający jakiejś formy ucieczki, odkrywa, że tak naprawdę nie zależy mu na tej ucieczce. Nie chce nigdzie wiać, nie potrafi jedynie przeskoczyć problemów, które się przed nim piętrzą. Ta ucieczka mu się narzuca, narzuca mu ją otoczenie, ale on nie chce nigdzie uciekać. Podam przykład: jestem odpowiedzialny za fundację „Sto pociech”. Mamy w niej wielu świeckich mediatorów rodzinnych. Do mediacji trafiają osoby, które mówią: my już dłużej nie możemy razem żyć, musimy się rozwieść. Wybierają jednak, co ciekawe, mediatorów fundacji działającej przy Kościele, sprawdzają nawet czy są oni katolikami. Na mediacji z deklaracji „chcemy się rozwieść” wynika „tak naprawdę nie chcemy się rozwieść, ale nie wiedzieliśmy, co zrobić”. Te osoby potrafią zadeklarować to, z czym naprawdę przyszli. A przyszli po pomoc, a nie po rozwód.
I co im Ojciec mówi? „Rozmawiajcie”?
– Nie. „Rozmawiajmy”. Bo oni już rozmawiali, ale ta rozmowa zazwyczaj do niczego nie prowadziła.
Groziła „śmiercią lub trwałym kalectwem”?
– Była nieustannym ranieniem się. Człowiek bezsilny potrzebuje wsparcia i takie hasło: „rozmawiajcie” zwykle znaczy „nie mam dla was czasu”. Ważne jest to, by duszpasterz był w stanie wysłuchać drugiego człowieka, nie spiesząc się z udzielaniem gotowych recept. Dlaczego? Bo ten człowiek jest zagubiony i sam siebie nie rozumie. Taka zwykła ludzka rozmowa, gdzie nie udajemy, że mamy gotowy patent na rozwiązywanie problemów, pozwala człowiekowi gorączkowo szukającemu rozwiązań zrozumieć swą sytuację. To jest ogromna sztuka tzw. pomagaczy. Nie biec z gotową radą, ale słuchać. Radę to dają koleżanki zza biurka: „To rozwiedźcie się” (w domyśle „i dajcie mi święty spokój”). To zwykle bezmyślne rady wyczytywane z kolorowych pisemek. Z jednej strony w zasadzie nierozerwalności małżeństwa jest coś bardzo radykalnego. Ale pytanie: Czy człowiek, który deklaruje drugiej osobie miłość, zdecydowałby się na inną formę małżeństwa niż „na zawsze, z wszystkimi konsekwencjami i aż do śmierci”? W sytuacji kryzysu zagubiony człowiek zastanawia się, czy to na pewno tak było. Porady mistrzów duchowych są jednak od wieków jednoznaczne: w chwili kryzysu zastanów się, jakie były twoje pierwotne deklaracje. Pomyśl, jak zaczynałeś swą drogę, jakie były twoje intencje. I wówczas człowiek odkrywa, że przed laty zdecydował się, że będzie walczył o małżeństwo za każdą cenę. Tylko teraz nie wie, jak tę cenę zapłacić.
Chcemy się przypodobać
Bogumił Łoziński: Czy rozwody powinny być prawnie zakazane?
Bp Stanisław Stefanek: – Dla współczesnego człowieka mówienie o takim zakazie brzmi niemal jak świętokradztwo, bo powszechnie uważa się prawo do rozwodu za przywilej, wyraz wolności człowieka czy wyznacznik postępu. Stąd domaganie się zakazu rozwodu mogłoby być odbierane jako zamykanie człowieka do karceru.
Jednak Kościół katolicki otwarcie przeciwstawia się rozwodom.
– Tak, ponieważ sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Są też powody wynikające z prawa naturalnego. Rozwód obraca się zawsze przeciw człowiekowi, który się rozwodzi, a także przeciwko społeczeństwu, które na każdym rozwodzie ponosi stratę.
Czyli katolicy powinni dążyć do prawnego zakazu rozwodów?
– Mając świadomość, jak wielkie potępienie ze strony świata może to wywołać, powinniśmy jednak przeciwstawiać się rozwodom. Nie tylko z powodów religijnych, które dla ludzi wierzących powinny być decydujące. Naturalnym miejscem życia człowieka jest jego najbliższe otoczenie, ludzie, którym możemy zaufać. Jeżeli mamy instytucjonalną możliwość rozwodu, to znaczy że prawnie możemy podejrzewać drugą osobę o nielojalność. Relacje z najbliższą osobą budujemy więc na bardzo kruchym fundamencie. To sprzyja tzw. mentalności rozwodowej, czyli świadomości, że w każdej chwili mogę drugą osobę opuścić, zerwać dane jej słowo.
A czy ta mentalność rozwodowa nie występuje też w Kościele? Lawinowo rośnie liczba małżeństw uznanych za zawarte w sposób nieważny.
– Wzrost małżeństw uznanych za zawarte nieważnie to z jednej strony efekt obiektywnego stanu rzeczy, po prostu w społeczeństwie rośnie liczba młodych ludzi niedojrzałych do małżeństwa. Jednak z drugiej strony rzeczywiście pojawia się tendencja fałszywego miłosierdzia, w której pobłaża się ludzkiej słabości i z równą gorliwością dopatruje się argumentów przeciwko sakramentowi, co za jego trwaniem.
A czy duchowni w Polsce nie pogodzili się z faktem rozwodów? Kazania o złu płynącym z rozwodu należą do rzadkości.
– Na pewno są braki w przygotowaniu do małżeństwa. Za mało jest akcentowany fakt nierozerwalności tego sakramentu, za mało pokazuje się negatywne skutki rozstania. Po prostu młodzi nie chcą o tym słuchać, a księża wyczuwają wyraźnie sprzeciw wobec takich treści i o tym nie mówią. Kościół powinien być w tej sferze dużo bardziej jednoznaczny. Nie możemy czekać na oklaski, lecz musimy prowadzić owce bezpieczną drogą. A my ulegamy pokusie przypodobania się wiernym, co prowadzi do unikania tematów drażliwych, aby nie mieć sprzeciwu słuchacza. Tymczasem nasze katechezy powinny być przejrzyste i jednoznaczne moralnie.
Źródło: Gość Niedzielny
|