|
Wmówiono rodzicom, że dla ich dobra należy codziennie dziecku powtarzać: kocham cię, jesteś wspaniały, jesteś najlepszy. A to nie zawsze jest dobre. Z prof. Januszem Trempałą, dyrektorem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, zajmującym się psychologią rozwoju człowieka, rozmawia Emilia Iwanciw.
Emilia Iwanciw: Jacy są rodzice idealni?
Prof. Janusz Trempała: Nie ma takich. Właśnie o to chodzi, że idealnej relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi nie ma. Wielu młodych ludzi jest jednak przekonanych, że taki ideał można osiągnąć.
Ale jest chyba jakiś wzorcowy model?
- No właśnie nie. Najistotniejsze w wychowaniu jest dopasowanie. Rodzice muszą przystosować swoje zachowanie i oczekiwania do indywidualnych cech dziecka, ale też dziecko powinno się przystosować do rodziców. Problem w tym, że oni są przekonani, że muszą dać dziecku wszystko i że powinni przemeblować całe swoje życie, dopasowując je do jego potrzeb. Są dziś nadmiernie skoncentrowani na potrzebach dzieci.
To źle, że kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej?
- Wspaniale, jeśli kochają mądrze. Niestety popularne stały się te nurty we współczesnej pedagogice i psychologii, które idą w kierunku ideologii bezwarunkowej miłości do dziecka, która jest źle rozumiana. Uważam ponadto, że w kulturze zachodniej współcześnie doszło do przewartościowania roli i statusu dziecka, i szerzej, przewartościowania młodości w życiu społecznym. Dostrzegam w tym zagrożenie dla rodzin - ta tendencja nie służy ani dzieciom, ani rodzicom - a w dalszej perspektywie dla jakości życia ludzi.
Na czym to zagrożenie polega?
- Coraz więcej jest rodziców kochających miłością obsesyjną. Są pełni lęku przed "byciem złą matką" czy "złym ojcem". Boją się niespełnienia społecznego nakazu "bezwarunkowej miłości do dziecka". Ten lęk jest jednym z powodów, dla których tak mało młodych ludzi decyduje się na dziecko.
W czym się ta obsesja przejawia?
- W stanach, które polegają na okresowym opanowaniu świadomości przez niedające się zahamować myśli, nastroje czy uczucia. Myśli o dobru dziecka prześladują rodziców w sposób uporczywy i nie dają się opanować. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Mówiąc o obsesyjnej miłości do dziecka, nie przesądzam, że są to objawy lub zwiastuny nerwicy. Wskazuję jedynie na pewną tendencję, która może prowadzić do poważnych zaburzeń w zachowaniu, a nawet rozpadu młodych rodzin. Dodam, że w tej nadmiernej koncentracji na dzieciach zapomina się o potrzebach rodziców. Media i politycy koncentrują uwagę na patologiach społecznych, a one są marginesem życia i zawsze będą. Myślę, że nadszedł czas, abyśmy zaczęli więcej dyskutować publicznie także o potrzebach i prawach "normalnej większości" rodziców.
Sądzi pan, że rodzice są tak bardzo skupieni na dzieciach, że nie myślą o sobie?
- Często tak się dzieje. To prowadzi do frustracji. Dochodzi do sytuacji, w której młody człowiek obarczony rodziną nie jest już w stanie realizować swoich pozazawodowych pasji. Ponadto jest pęd na zrobienie szybkiej kariery, dorobienie się czegoś, wzięcie kredytu. Słyszymy z każdej strony, że dziecku trzeba przecież kupić to, co najlepsze, wysłać na wakacje, modnie ubrać, zabrać do kina na najnowszy hit. I trzeba z nim spędzać cały swój wolny czas, żeby miało szczęśliwe dzieciństwo. Ta presja sprawia, że zagonieni rodzice nie mają czasu na oddech, zrobienie czegoś dla siebie, spełnianie osobistych pragnień. A kiedy już udaje im się uszczknąć dla siebie odrobinę czasu, to mają wyrzuty sumienia. Bo mówi się przecież powszechnie, że każdą wolną chwilę należy poświęcić dziecku. Obsesyjna miłość do niego to coraz szersze zjawisko społeczne, które wynika z przewartościowania roli i statusu dzieci.
Dziecko stanęło w centrum naszego świata?
- Dziecko, aż do XIX wieku, traktowane było jako mało wartościowy element życia społecznego. Liczył się głównie człowiek dorosły - silny, zdrowy i wydajny. Dzięki ówczesnym lekarzom i filozofom wychowania zwrócono uwagę na ten problem. I w końcu w XX wieku doszło do zmiany: dostrzeżono konieczność dbania o dzieci. Edukacja stała się powszechna, zaczęto przestrzegać praw dziecka. Dziś jednak tendencja ta - moim zdaniem - poszła za daleko. Wzrost wartości dziecka zrodził we współczesnym społeczeństwie ideologię bezwarunkowej miłości do niego.
Przecież każdy psycholog powie, że powinniśmy kochać dzieci bezwarunkowo, bo tylko wtedy będą miały wysokie poczucie własnej wartości.
- Trzeba dobrze tę bezwarunkową miłość rozumieć. A niestety wielu rodziców, kochając swoje dzieci, nieoczekiwanie wpada w obsesję. Ulegamy mitom pedagogicznym, rozpowszechnionym przez tzw. ideologów miłości do dziecka. One często nie są oparte na faktach, nie sprawdzają się w praktyce i rodzą wątpliwości. Mity te każe się nam traktować jak uniwersalne zasady, których należy bezwzględnie przestrzegać. Stają się treścią obsesyjnych myśli, powodują u młodych rodziców lęki, zakłócają nastrój, obniżają poczucie własnej wartości i poczucie zadowolenia. Ten negatywny stan pogłębia się, jeśli dodamy do niego konflikt z narastającą współcześnie presją społeczną do robienia szybkiej kariery zawodowej przez młodych.
Jakie mity ma pan na myśli?
- Pierwszy, najpopularniejszy mit: dziecko jest najważniejsze na świecie. To wmawiają nam nie tylko "ideolodzy miłości", ale i sprzedawcy produktów dla dzieci. Producenci jogurtów, serków, budyniów, pieluch i mnóstwa innych produktów mówią: twoje dziecko jest najważniejsze i musisz dać mu wszystko, co najlepsze. Wystarczy też poobserwować, jak niektórzy rodzice ubierają swoje dzieci począwszy od niemowlęctwa - w nowe, najmodniejsze i coraz bardziej "dorosłe" ciuchy.
Dziecko stało się poważną inwestycją.
- Właśnie. I m.in. dlatego coraz mniej młodych ludzi będzie się na nie decydować. Proszę spojrzeć w nieprzytomne oczy rodziców i dziadków, starających się o miejsce w najlepszym przedszkolu, szkole, zastanawiających się, jaki kurs dokształcający lub jakie zajęcia sportowe można jeszcze dziecku wykupić. Proszę podsłuchać rozmowy młodych matek, opowiadających, że ich dziecko musi mieć najlepsze kosmetyki i najlepszych w mieście lekarzy. Ta presja jest nie do zniesienia.
Rodzice popadają w obłęd?
- Niestety, często tak jest. Nie chodzi w nim już o zapewnienie optymalnej opieki i warunków rozwojowych. Pojawia się obsesja porównywania własnego dziecka z innymi oraz niezdrowa konkurencja pomiędzy matkami, a nawet dziadkami. Chodzi w niej na przykład o to, które dziecko lepiej się rozwija, ma bardziej komfortowe warunki z punktu widzenia aktualnych standardów dobrobytu, a także kto jest lepszym rodzicem czy dziadkiem. Zachowania całej rodziny podporządkowane są zasadzie maksymalnych inwestycji w potrzeby dziecka, które niestety, nie zawsze są uzasadnione. Drugi mit to hasło: dziecku trzeba zapewnić szczęśliwe dzieciństwo.
A co ma pan do rodziców, którzy usiłują dziecku zapewnić szczęśliwe dzieciństwo?
- Zależy jak to robią. W tym przypadku chodzi nie tyle o sprawy materialne, ile o inwestycje psychologiczne w dobrostan dziecka. Często chcemy dać dziecku to, czego nam brakowało w dzieciństwie lub wydaje się nam dorosłym, że nasze dziecko tego pragnie. Ktoś przy okazji nam wmawia, że dziecko nie tylko musi mieć to, co najlepsze, ale musi być chronione przed stresami i porażkami, nie powinno być obarczane nadmiernymi obowiązkami, że należy wyręczać je w trudnych lub nielubianych przez nie zadaniach. Takie zachowania rodziców zdaniem wielu ludzi rodzą poczucie komfortu i uśmiech na twarzy dziecka, na którym nam zależy. Przekonanie to ma źródło w rozlicznych pseudonaukowych koncepcjach wychowania przyzwalającego, bez stresu, bez porażek, bez szkoły, a nawet antypedagogiki.
Aż boję się zapytać o trzeci mit...
- Dziecka nie można karać. "Ideolodzy miłości" z uporem dowodzą, że dziecko należy jedynie nagradzać. Wiąże się on z przekonaniem o konieczności zapewnienia dzieciom szczęśliwości. Wmówiono rodzicom, że dla ich dobra należy codziennie dziecku powtarzać: kocham cię, jesteś wspaniały, jesteś najlepszy, świetnie to zrobiłeś. Przekonują, że pozytywne komunikaty wzmacniają samoocenę i poczucie wartości dziecka. I tak jest. W tym obłędzie budowania jego wysokiej samooceny zapomniano jednak, że ciągłe chwalenie ma tak samo negatywne skutki jak stałe krytykowanie. Badania pokazują, że dzieci chwalone w początkowych etapach nauki jako inteligentne, czy wzorowi uczniowie, rzadziej odnoszą sukcesy na wyższych poziomach edukacji i kariery zawodowej - w porównaniu z innymi dziećmi, ocenianymi początkowo jako przeciętne. Podobnie trenerzy sportowi zastanawiają się, dlaczego dobrze zapowiadający się juniorzy, stale nagradzani i chwaleni za dobre wyniki, giną gdzieś po osiągnięciu wieku seniora.
Dlaczego tak się dzieje?
- Dobrej na ten temat odpowiedzi dostarcza współczesna neuropsychologia. Na przykład, Robert Cloninger opisał drogę neuronalnej aktywacji, która nie powstaje u jednostek zawsze nagradzanych. Być może jest tak, że osoby odnoszące ciągłe sukcesy myślą: po co się bardziej starać, skoro i tak jestem dobry. Ale mitem jest również przekonanie rodziców, że dziecko trzeba akceptować takim, jakie ono jest.
Wielu psychologów może pana za to zdanie przeklinać. Przecież dziś to oczywiste dla większości ludzi, że dziecko trzeba akceptować z wszystkim wadami i już.
- To oczywiste, ale tej zasady także nie można traktować jako bezwarunkowej. Trzeba akceptować te cechy i reakcje, na które dziecko nie ma wpływu, np. ze względu na swoją niewiedzę lub niesprawność fizyczną czy umysłową. Szkodliwa jest jednak ślepa miłość do dziecka niegrzecznego, złośliwego, leniwego, nieposłusznego albo przekornego, czy po prostu upartego. Przyzwolenie, ugodowość i lękliwość rodziców w kształtowaniu zachowań dziecka będą mieć negatywne skutki w przyszłości. W ten sam ślepy zaułek prowadzić może też kolejny mit, który polega na przekonaniu, że z dzieckiem trzeba się zaprzyjaźnić.
Rodzice boją się, że jeśli nie uda im się zaprzyjaźnić z dzieckiem, nie będą wiedzieć o jego porażkach, nie dowiedzą się w porę o pierwszej miłości, zagrożeniu narkotykami i mnóstwie innych spraw.
- Błędne jest jednak myślenie, które zakłada równość i wzajemność stosunków, a na tym polega przyjaźń. Taka relacja nie jest w ogóle możliwa w zdrowych relacjach między dorosłym i dzieckiem, bo oni nie są równi. Rodzic musi być przewodnikiem, a nie kumplem. Dziecko od urodzenia poszukuje dorosłego opiekuna, przywiązuje się do niego, jako kogoś, kto gwarantuje poczucie bezpieczeństwa. W późniejszym rozwoju młody człowiek poszukuje autorytetów i mentorów jako wzorów, pomagających w poszukiwaniu własnej drogi życiowej. A kumpli ma na podwórku i w szkole. W rodzicielstwie nie chodzi więc o przyjaźń, ale bardziej o przyjazne kontakty z dzieckiem i własną wiarygodność, w tym co mówimy i czynimy. Polega ona na życzliwości, otwartości, wspieraniu go w trudnych sytuacjach, nawet wtedy, gdy dziecko wie, że nie jesteśmy lub nie byliśmy w przeszłości idealni, lub że nie potrafimy - mimo najlepszych chęci - pomóc mu w sposób bezpośredni. Jeśli tak będziemy traktować dziecko, przyjdzie z nami porozmawiać w trudnym momencie i niczego nie przegapimy.
Sądzi pan, że nie decydujemy się na posiadanie kilkorga dzieci z powodu obaw przed niesprostaniem wymaganiom tych wszystkich mitów?
- Tak myślę. Są prowadzone na ten temat badania, także w katedrze psychologii rozwoju człowieka na UKW. Moim zdaniem przyczyną takiego stanu jest m.in. obsesyjna miłość rodzicielska, zrodzona z ideologii bezwarunkowej miłości do dziecka, narzucanej współcześnie w przekazie społecznym. Młodzi ludzie dochodzą do wniosku, że dzieci wymagają zbyt dużych inwestycji materialnych i psychologicznych. Dążenie do ich dobrostanu odbywa się kosztem dobrostanu rodziców. Zabrzmi to może paradoksalnie, ale dopóki nie zaczniemy myśleć o potrzebach dorosłych i nie obalimy mitów, przewartościowujących rolę i status dzieci we współczesnym społeczeństwie, nadal trudno będzie młodym rodzicom decydować się na posiadanie dzieci.
Źródło: Gazeta Wyborcza Bydgoszcz
|