|
Celem reformy było skrócenie edukacji o rok, tak żeby dzieci szybciej wchodziły na rynek pracy. Rządzącym łatwiej jest zabrać rok dzieciństwa sześciolatkowi, niż reformować niewydolny system emerytalny, narażając się dużej części elektoratu. Małe dzieci nie wyjdą przecież na ulice, żeby bronić swoich praw. Z Tomaszem Elbanowskim, prezesem Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców i inicjatorem akcji "Ratuj Maluchy", rozmawia Bogusław Rąpała.
Zbliża się początek kolejnego roku szkolnego. Czy widać już skutki wprowadzenia przez rząd reformy oświaty w 2009 roku?
- Otrzymujemy od rodziców wiele sygnałów o negatywnych skutkach zmian. Przede wszystkim samorządy chętniej jeszcze niż poprzednio podejmują próby wyrzucania sześciolatków z przedszkoli do szkół. Przeważnie do zerówek, ale nierzadkie są naciski na rodziców, żeby posyłali dzieci od razu do pierwszej klasy. Ostatnio słyszeliśmy o takich praktykach w Bytomiu. Dzieje się tak dlatego, że na pierwszoklasistów samorządy dostają pieniądze państwowe, a na utrzymywanie zerówek gminy muszą płacić z własnej kasy. Dużo kosztuje zwłaszcza utrzymanie przedszkoli. Przy przerzucaniu dzieci do szkół pod uwagę nie jest brane ani ich dobro, ani zdanie rodziców. Zdarza się, że gmina już w trakcie wakacji powiadamia, że maluch zapisany do przedszkola został przeniesiony do zerówki szkolnej, gdzie warunki są dużo gorsze. Warto przypomnieć, że gdy reforma startowała dwa lata temu, minister Katarzyna Hall planowała, że od 1 września 2009 r. sześciolatki i siedmiolatki pójdą razem do pierwszej klasy. Rodzicom udało się oprotestować ten kuriozalny pomysł podwójnego rocznika. Ale propozycja wiele mówi o traktowaniu dzieci przez urzędników. W końcu, m.in. po naszej akcji "Ratuj Maluchy", w którą włączyły się dziesiątki tysięcy osób, rząd rozłożył reformę na 3 lata i odstąpił na ten krótki okres od przymusu wobec sześciolatków. W pierwszym roku funkcjonowania ustawy tylko około 4 proc. sześcioletnich dzieci poszło do szkoły. W ten sposób rodzice wyrazili swoje weto wobec tej ustawy.
Ciężar przygotowania szkół do reformy spoczął na samorządach, które w większości nie dały sobie z tym rady. To bardzo niekorzystnie odbiło się na dzieciach i ich rodzicach.
- Rząd, wprowadzając w zeszłym roku reformę, jednocześnie zdecydował o ograniczeniu pieniędzy na jej przygotowanie o 90 proc. i złożył odpowiedzialność na barki samorządów. A gminy często nie mają chęci albo możliwości tak znacząco inwestować w oświatę. Są przecież w Polsce szkoły, w których wciąż nie ma kanalizacji. Większość placówek, jak alarmuje sanepid, nie zapewnia tak podstawowych warunków higienicznych jak ciepła woda i mydło. Ministerstwo zrezygnowało z ustalenia obligatoryjnych warunków w szkołach. Rodzice nie mają nawet podstaw, żeby domagać się spełnienia standardów, bo nie zostały one określone. Zresztą nie chodzi już tylko o sześciolatki, ale i o pięciolatki, które już w 2011 roku na skutek tej samej reformy zostaną objęte obowiązkowym przygotowaniem przedszkolnym. Tam, gdzie nie ma miejsc w przedszkolach lub w ogóle nie ma przedszkoli, dzieci również trafią do szkół. Tak już teraz dzieje się w niektórych gminach. Ostatni taki sygnał mieliśmy z miejscowości Majdan Królewski. Za rok będzie to zjawisko masowe. W wielu miejscowościach do budynków szkół trafią obowiązkowo dzieci rocznikowo pięcioletnie. Najmłodsze z nich będą miały cztery i pół roku! Jest to jeden z poważniejszych skutków tej reformy. Trzeba pamiętać, że wiele dzieci może mieć problem nawet z dotarciem do szkoły, nie mówiąc już o tym, że pięciolatek nie poradzi sobie ani na szkolnej stołówce, ani na korytarzu pełnym starszych uczniów.
Zgłoszony przez Państwa obywatelski projekt ustawy oświatowej ma zapobiec takiemu rozwojowi wydarzeń?
- Zbieramy podpisy pod projektem, w którym proponujemy przede wszystkim, aby państwo z powrotem wzięło odpowiedzialność za przedszkola, z czego zrezygnowało na początku lat 90. Edukacja przedszkolna stoi w Polsce na bardzo wysokim poziomie, ale dostępność do niej jest dramatycznie niska, najniższa w całej Europie. Dobrze, jeśli dzieci uczą się relacji społecznych w grupie, i powinny mieć taką możliwość. Podobnie rodzice, którzy muszą pracować, powinni mieć możliwość pozostawienia dziecka pod dobrą opieką w publicznym przedszkolu. Tak było jeszcze 20 lat temu, a teraz dla połowy dzieci brakuje miejsc. Gminy nie poradziły sobie z prowadzeniem przedszkoli, zamykając kilka tysięcy placówek w całym kraju. Proponujemy, żeby przedszkola zostały objęte subwencją państwową tak jak szkoły. Ich sieć powinna zostać odtworzona. Skoro rodzice płacą podatki, mają prawo oczekiwać, że ich pieniądze zostaną skierowane na zapewnienie tak podstawowej potrzeby wielu rodzin.
Państwa projekt zakłada również powrót sześciolatków do przedszkoli.
- Tak. Sprzeciwiamy się obowiązkowemu posyłaniu sześciolatków do klas pierwszych, dlatego że są to dzieci w wieku przedszkolnym, a ich przerzucenie do szkół nie zostało właściwie przygotowane ani nie było podyktowane ich dobrem. Celem reformy było skrócenie edukacji o rok, tak żeby dzieci szybciej wchodziły na rynek pracy. Rządzącym łatwiej jest zabrać rok dzieciństwa sześciolatkowi, niż reformować niewydolny system emerytalny, narażając się dużej części elektoratu. Małe dzieci nie wyjdą przecież na ulice, żeby bronić swoich praw. Oczywiście, jeśli sześciolatek ma do tego predyspozycje, zostanie odpowiednio zdiagnozowany, to rodzic powinien mieć prawo posłać go do szkoły, tak jak to było przed reformą. Ale chcemy, aby rodzice mogli zatrzymać swoje sześcioletnie dzieci w przedszkolach, jeśli uznają, że ten zgodny z wieloletnią tradycją model będzie lepszy dla ich rozwoju społecznego i emocjonalnego. Tak dzieje się np. na Węgrzech, gdzie większość rodziców korzysta z takiego właśnie prawa wyboru. A sześciolatki doskonale uczą się w przedszkolach. Na przykład moja córeczka, która idzie teraz do drugiej klasy, nauczyła się płynnie czytać właśnie w zerówce przedszkolnej.
W tej chwili są jeszcze Państwo na etapie zbierania podpisów pod swoją inicjatywą. Zdążycie przed rokiem 2012?
- W 2012 r. reforma przewiduje bezwzględny obowiązek dla sześciolatków. A ponieważ na razie rodzice nie kwapią się z ich posyłaniem do szkół, to za dwa lata nastąpi kumulacja roczników, czyli to, przeciwko czemu protestowaliśmy na początku. Dobrze byłoby, gdyby nasza ustawa została złożona w Sejmie i rozpatrzona, zanim dojdzie do tej bardzo złej sytuacji. Jeśli tak się nie stanie, rodzice będą znowu bardzo mocno protestować. Nikt przecież nie chce, żeby jego dziecko szło do szkoły w podwójnym roczniku, co utrudni jego start edukacyjny i będzie ciążyło przez całą naukę aż do studiów, na które będzie się dwa razy trudniej dostać.
Jak z perspektywy stowarzyszenia ocenia Pan politykę prorodzinną rządu?
- Polityka prorodzinna jako taka w Polsce w ogóle nie istnieje. Politycy mylą ją z polityką socjalną. W naszym kraju na pomoc rodzinie, i to głównie ubogiej, wydaje się około 0,76 proc. PKB. W innych krajach Unii na politykę prorodzinną przeznacza się 2-3 proc. PKB. U nas rodzina jest pierwsza tylko wtedy, kiedy trzeba ciąć wydatki. Ostatnim dowodem są lipcowe zapowiedzi rządu, który chce zlikwidować, niesłusznie krytykowane, becikowe oraz odliczenia podatkowe na dzieci, a także podnieść VAT, co uderzy w rodziny, szczególnie wielodzietne. To, co dzieje się w oświacie, tylko dopełnia tego obrazu. Żeby dostać miejsce w przedszkolu, najlepiej się rozwieść albo w ogóle nie żenić. Także inne przepisy skłaniają ludzi wychowujących dzieci do niezakładania rodziny albo nawet fikcyjnych rozwodów. To sytuacja patologiczna, której skutkiem jest fakt, że Polacy są najszybciej wymierającym społeczeństwem w Unii Europejskiej. Jeśli rząd nie podejmie natychmiast kroków w kierunku poprawy sytuacji rodzin, czeka nas katastrofa demograficzna, bo już niedługo zabraknie młodych ludzi, którzy będą utrzymywać starzejące się społeczeństwo. Wystarczy popatrzeć na sąsiednie państwa, te bogatsze i te biedniejsze, które starają się swoją politykę prorodzinną utrzymać na przyzwoitym poziomie, np. na Litwie matkom przysługuje roczny urlop macierzyński.
Jak obecnie w szkołach wygląda sytuacja dzieci najbiedniejszych?
- Niestety, tu również przodujemy w niechlubnej statystyce. Polska ma najwyższy odsetek dzieci ubogich w Unii. Pomoc państwa zarezerwowana jest tylko dla rodzin żyjących na skraju ubóstwa. W dodatku od sześciu lat zamrożono progi dochodowe, poniżej których przysługuje zasiłek na dzieci. Inflacja postępuje, ceny i dochody się zmieniają, więc co roku z systemu pomocy wypada nawet pół miliona dzieci. Polityka rządu sprzyja pauperyzacji rodzin, bo bardziej opłaca się mieć niższe dochody i móc liczyć choćby na skromną pomoc państwa, niż zarobić trochę więcej i stracić zasiłek rodzinny. Z tych samych powodów bardzo mały procent uczniów otrzymuje dofinansowanie na zakup podręczników, zresztą w niewystarczającej wysokości, bo podręczniki są coraz droższe. Rodziny wielodzietne, które przekraczają dopuszczalne limity choćby o złotówkę, nie mogą liczyć na pomoc. Dla nich wrzesień to często miesiąc dramatycznego zaciskania pasa, nierzadko zapożyczania się na wyposażenie dzieci do szkoły. Koszt książek dla szóstki dzieci może sięgać nawet kilku tysięcy złotych. W innych krajach obowiązkowa i bezpłatna edukacja oznacza, że dzieci otrzymują w szkole również podręczniki. Niestety, w Polsce rodzice są obciążeni obowiązkami i pozostawieni sami sobie.
Co będzie, jeśli Państwa inicjatywa się nie powiedzie?
- Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby oświata miała na dłuższą metę funkcjonować w takim kształcie, jaki przewiduje reforma. Mołdawia już po roku wycofała się z pomysłu posyłania sześciolatków do szkoły, ponieważ drastycznie wzrosła liczba nerwic u dzieci. W Polsce problemem jest nie tylko fakt, że szkoły nie są przygotowane pod względem infrastruktury do potrzeb młodszych uczniów. Ogromnym problemem jest również nowa podstawa programowa wprowadzona razem z reformą, która stawia wymagania niedostosowane do prawideł rozwojowych dziecka. Ponieważ edukację skrócono o rok, program dotychczasowej zerówki i pierwszej klasy został skomasowany. Sześciolatek ma teraz nie tylko czytać lektury, ale i kaligrafować. Psycholodzy, pedagodzy i metodycy nauczania alarmują, że to przerasta możliwości tak małego dziecka. Rozwój emocjonalny nie musi wcale nadążać za rozwojem intelektualnym i społecznym. Nawet bardzo inteligentne dziecko może sobie nie poradzić ze stresem, wymaganiami, siedzeniem w ławce czy pracami domowymi. Zresztą program jest fatalny także na dalszych etapach kształcenia. W liceum zrezygnowano z nauki wielu przedmiotów, takich jak biologia, fizyka, historia, przez co już tylko z nazwy jest ono ogólnokształcące. Powołaliśmy nasze stowarzyszenie właśnie po to, żeby głos rodziców liczył się bardziej w debacie publicznej dotyczącej również tego, jak mają być uczone nasze dzieci. Trudno jest pogodzić pracę z wychowaniem małych dzieci i jeszcze znaleźć czas i środki na aktywność społeczną. Ale przecież nie możemy milczeć, kiedy ich dobro jest tak otwarcie lekceważone. Rodzice muszą się zmobilizować. Działając wspólnie, można najwięcej osiągnąć.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Nasz Dziennik
|
Gdy ministrem byl Polak Roman Giertych zydowskie media zaszczekaly go na smierc. Teraz o destrukcyjnych poczynaniach Hallowej cisza.