|
Z prof. Janet Smith, konsultantką Papieskiej Rady ds. Rodziny, wykładowcą etyki życia w seminarium duchownym w Detroit (USA), rozmawia Mariusz Bober.
Władze w Polsce rozważają wprowadzenie refundacji procedury zapłodnienia in vitro z publicznych pieniędzy, choć w kasie Narodowego Funduszu Zdrowia brakuje pieniędzy na leczenie nawet tak poważnych chorób, jak nowotwory. Jak Pani ocenia takie postępowanie?
- Zmagania z bezpłodnością są ogromnym problemem wielu kobiet. Pragnienie urodzenia dziecka jest naturalne i dobre. W USA prof. Thomas Hilgers w swoim Instytucie Pawła VI w Omaha rozwija badania nad naturalnymi i skutecznymi metodami leczenia niepłodności kobiet. Niestety, niewielu specjalistów w tej dziedzinie ma pełną wiedzę o funkcjonowaniu kobiecego cyklu płodności, dlatego nie wiedzą, jak można pomóc kobietom, tak, by mogły począć dziecko w sposób naturalny. Fundusze publiczne powinny wspierać leczenie niepłodności. Procedury opracowane przez prof. Hilgersa pomagają począć dziecko w sposób naturalny - w wyniku aktu małżeńskiego. Natomiast procedura in vitro niczego nie leczy. Stawia pytanie o to, czy wszelkie sposoby, by mieć dziecko, są moralnie akceptowalne, skoro pozwala się kobietom kupować, a nawet sprzedawać dzieci [w embrionalnej fazie rozwoju - red.].
Jakie są najpoważniejsze konsekwencje stosowania in vitro?
- Największym problemem wiążącym się z tą procedurą jest to, że ona implikuje tworzenie wielu embrionów i niszczenie ich albo też zamrażanie dzieci nazywanych "nadliczbowymi". To bardzo poważny błąd moralny - posunięcie się do stworzenia nowego ludzkiego istnienia, a następie zabijanie, wyrzucanie lub zamrażanie go. Takie działania uderzają w ludzką godność. Ponadto techniki in vitro są całkowicie oddzielone od aktu współżycia. Przecież one bardzo często sprowadzają się do wykorzystania nasienia lub jajeczka nienależącego do żony albo do męża. Tymczasem małżonkowie powinni mieć dzieci tylko ze sobą... Kolejnym problemem jest to, że dziecko poczęte w ten sposób, z wykorzystaniem kupionego nasienia czy jajeczka, nie ma biologicznego związku z jednym z rodziców. Rząd powinien zabronić takich praktyk, a nie za nie płacić!
Widać już konsekwencje legalizacji in vitro w USA?
- Dopiero zaczynamy obserwować skutki tej procedury. Z pewnością najpoważniejszą konsekwencją jest śmierć niewinnych istot ludzkich i brak szacunku dla życia ludzkiego. Ponadto dzieci urodzone w wyniku zastosowania in vitro częściej cierpią na wady wrodzone. Dorastają też z poczuciem wstydu, że przyszły na świat w wyniku zastosowania sztucznych technik. Coraz więcej dzieci, które przyszły na świat w wyniku zastosowania tej metody, gdy już dorosną, szukają swojego drugiego rodzica biologicznego [w sytuacji, gdy nasienie lub jajeczko zostało kupione od obcej osoby - red.]. Zastanawiają się też, dlaczego te osoby sprzedały swoje nasienie czy jajeczka w celu stworzenia dzieci, którym nigdy nie pozwolono się rozwinąć. Urodzone w taki sposób osoby chcą również dowiedzieć się więcej o rodzeństwie, które mogły mieć... Zdarza się tymczasem, że jeden mężczyzna może być dawcą nasienia nawet dla dziesiątek dzieci... W laboratoriach przeprowadza się tragiczne "miksy", w których wykorzystuje się nasienie mężczyzn do zapładniania kobiet innych niż ich żony...
Czy ktokolwiek sprawdza i zajmuje się losem "nadliczbowych" embrionów, "wytworzonych" w wyniku procedury in vitro? Co się z nimi dzieje w USA?
- Wiele z tych nowo poczętych istnień ludzkich jest po prostu niszczonych lub wyrzucanych. Część natomiast jest zamrażana. Niektóre są "adoptowane" lub "ratowane" przez pary, które z jednej strony nie wierzą, że w "próbówkach" tworzone jest życie ludzkie, ale nie chcą, aby te dzieci były skazane na powolną śmierć w zamrażarkach. Nie znamy jeszcze wszystkich skutków takiej "adopcji". Byłoby lepiej, gdyby nie było to potrzebne. Najlepiej byłoby, aby żadnego ludzkiego istnienia nie tworzono po to, by je zabić albo zamrozić.
W Polsce niektórzy politycy, deklarujący się jako katolicy, popierają propozycję rządu, zastrzegając, że in vitro byłoby refundowane tylko małżeństwom. Czy takie rozwiązanie zmienia cokolwiek w ocenie tej procedury z moralnego punktu widzenia?
- Jeszcze raz powtórzę, że jednym z najpoważniejszych problemów z procedurą in vitro jest to, że tworzy się wiele istnień ludzkich w początkowej fazie rozwoju, z których ogromna większość zostaje zniszczona lub zamrożona. To jest złe bez względu na to, kim są rodzice tych dzieci. Ponadto procedura in vitro godzi w małżeństwo, bo tak naprawdę to technik-laborant zapładnia kobietę, nawet jeśli wykorzystuje nasienie męża. Natomiast samo dziecko jest raczej bezpośrednim "produktem" technologii niż owocem aktu małżeńskiego. Dlatego też dzieci "wytworzone" w wyniku in vitro, zwłaszcza w początkowej fazie rozwoju, często traktowane są jak produkty. Jeśli zaś zostanie u nich wykryta jakaś wada rozwojowa, wówczas są niszczone lub wyrzucane. Dzieci poczęte w sposób naturalny znacznie łatwiej przyjmują do wiadomości fakt, że są darem Bożym i nie może im się dziać krzywda bez względu na to, czy mają jakieś "defekty", albo czy przyszły na świat "w porę". To, co dzieje się w USA, pokazuje, iż "przemysł in vitro" chce świadczyć "usługi" każdemu, kto pragnie mieć dziecko, także związkom homoseksualnym. W ten sposób np. dwaj mężczyźni "wynajmują" kobietę, aby "dostarczyła" im dziecko, lub dwie lesbijki zabiegają o "dawcę" nasienia, aby za pomocą in vitro utworzyć "rodzinę". Dlatego jeśli już raz rząd uzna in vitro za właściwy sposób na rozwiązanie problemu bezpłodności, to na jakiej podstawie będzie mógł odmówić "prawa" do wykorzystania tej metody jakiejkolwiek kobiecie, wszystko jedno - zamężnej czy nie, heteroseksualnej czy homoseksualnej?
W Polsce refundowanie in vitro popierają organizacje promujące aborcję. Amerykańskie ruchy proaborcyjne również wpadły na taki pomysł?
- Niestety, nie wiem. Jest jednak jakiś naturalny związek między poglądem, że powinniśmy mieć kontrolę nad tym, kiedy dziecko się rodzi, a stanowiskiem zwolenników tezy, że dziecko można zabić, jeśli uzna się je za niechciane.
Nie wydaje się jednak Pani, że takie zachowanie jest paradoksalne? Z jednej strony te organizacje popierają zabijanie dzieci poczętych, a z drugiej są za "wytwarzaniem" ich metodą in vitro?
- Ludzie popierający legalizację aborcji oraz in vitro traktują dzieci jak własność. Może im się wydawać, że "działają na rzecz życia", gdy chcą pomóc kobietom "mieć" dzieci, ale jeśli "tworzy się" dzieci w embrionalnej fazie rozwoju i wiele z nich wyrzuca przy każdej próbie zabiegu in vitro, to w rzeczywistości wykazuje się tylko wielką pogardę wobec życia.
Niektóre organizacje, zwłaszcza te popierające aborcję, uważają, że m.in. finansowanie in vitro ze składek wszystkich ubezpieczonych, a więc także przeciwników tej procedury, jest testem na świecki charakter państwa. Czy rzeczywiście konflikt wokół in vitro jest starciem dwóch światopoglądów - laickiego i religijnego?
- Nie do końca. Szacunek dla ludzkiego życia nie jest cechą tylko światopoglądu religijnego, choć z pewnością ludzie wierzący mają więcej powodów, aby szanować je, jeśli wierzą, że jest stworzone przez Boga. Jednak życie człowieka powinno być szanowane przez każdego. Ludzie nie mogą być instrumentalnie wykorzystywani, są bowiem istotami wolnymi, które mają prawo same decydować o swoim losie. Ci, którzy tworzą ludzkie embriony tylko po to, by je potem zabijać, wykorzystują ludzkie istnienie jako środek do własnych celów. Tymczasem dzieci mają prawo do tego, by przyjść na świat dzięki naturalnym rodzicom, choć czasami adopcja jest dobrym rozwiązaniem trudnych problemów.
Prawdziwa linia podziału przebiega między tymi, którzy uważają, że wolność jest prawem absolutnym i mogą robić wszystko, cokolwiek zapragną, a ludźmi, dla których granicą swobody wyborów jest prawda. Niektórzy uważają jednak, że prawda nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to można ją zignorować, jeśli nie jest dla nas wygodna. Ci zaś, którzy kierują się prawdą, uważają, że jest to jedyny sposób na powstrzymanie nas przed tym, byśmy zamienili się w potwory, które podeptałyby prawa innych, byle tylko zaspokoić własne zachcianki. W historii ludzkości już zdarzało się, że niektórzy uważali innych za "niepełnych" ludzi z powodu ich przynależności etnicznej, rasy, wyznawanej religii, płci czy narodowości. Dziś za "niepełnych" ludzi uważa się tych, którzy są bardzo mali - w fazie zarodkowej, embrionalnej, albo są kilkumiesięcznymi dziećmi w łonach matek. W ten sposób uważa się, że z tymi małymi ludźmi można zrobić, cokolwiek się chce, nawet zabić. Ale życie jest życiem bez względu na to, jak mała jest obdarzona nim istota ludzka, i powinniśmy pozwolić tej prawdzie rządzić naszymi zachowaniami. Jeśli tak się nie stanie, kto zapewni nam bezpieczeństwo przed agresywnymi zamiarami innego człowieka, który będzie chciał nas skrzywdzić lub zabić?
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Nasz Dziennik
|