|
Z prof. Bogdanem Chazanem, ginekologiem położnikiem, przewodniczącym Rady MaterCare International, na temat działania środków antykoncepcyjnych, o perspektywach zastosowania w medycynie naprotechnologii rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk.
50-lecie pigułki hormonalnej obchodzone tego roku stało się okazją do nachalnej propagandy środków antykoncepcyjnych. Podczas tzw. śniadania prasowego zorganizowanego dla dziennikarzy przez Fundację Szczęśliwe Macierzyństwo, firmę produkującą środki antykoncepcyjne Bayer Schering i Towarzystwo Rozwoju Rodziny prezentowano zaskakujące wręcz informacje na temat działania tych środków: żadnych efektów ubocznych - same zalety. Trudno było uwierzyć, że takie słowa padały z ust ginekologów, popierane np. przez lekarza ginekologa Grzegorza Południewskiego, szefa TOR.
- To dziwne, że Towarzystwo Rozwoju Rodziny promuje antykoncepcję, więc wspiera nie rozwój rodziny, lecz raczej jej zanikanie. Ta konferencja jest przykładem działania przemysłu produkującego środki antykoncepcyjne, który ma swoich dyżurnych "potakiewiczów", bezkrytycznych entuzjastów, którzy na ogół nie są związani z żadnymi ośrodkami klinicznymi czy uniwersytetami medycznymi. Lekarze zatrudnieni w poważnych ośrodkach naukowych dbają o swój image, nie pozwalają sobie na nienaukowe opinie i bezrefleksyjną promocję produktów wytwarzanych przez przemysł farmaceutyczny, a zbyt otwarty udział w reklamie środków antykoncepcyjnych mógłby się odbić negatywnie na ich karierze naukowej. Doktor Południewski jest znany jako propagator antykoncepcji. Nie znam jego działalności naukowej. Nie mam powodu, by twierdzić, że jest złym lekarzem, możliwe, że w praktyce medycznej szanuje swoje pacjentki, nie zajmuje się wyłącznie tym, o czym aktywnie przekonuje w publicznych wystąpieniach.
Jedną z tez, które głosił dr Południewski jest to, że stosowanie środków antykoncepcyjnych nie ma większego wpływu na rozwój nowotworów u kobiet. Co Pan Profesor o tym sądzi.
- Estrogeny, które są jednym ze składników antykoncepcyjnych środków hormonalnych, pobudzają rozrost niektórych, hormonozależnych tkanek. Antykoncepcja hormonalna z jednej strony wyraźnie sprzyja powstawaniu niektórych złośliwych nowotworów - jak rak piersi czy rak szyjki macicy, a z drugiej strony może zmniejszać częstość występowania innych nowotworów, np. nowotworów jajnika czy raka błony śluzowej macicy.
Udowodniono, że środki antykoncepcyjne hormonalne przyczyniają się do zwiększenia częstości raka piersi u kobiet. I to ryzyko jest zależne od wieku kobiety, u której rozpoczęto antykoncepcję, jak też od tego, jak długo kobieta stosuje te środki. Natomiast wiadomo, że urodzenie dziecka, a zwłaszcza karmienie piersią zmniejsza ryzyko zachorowania na raka piersi.
Często propagatorzy środków antykoncepcyjnych twierdzą, iż osoby, które nie akceptują antykoncepcji kierują się "ideologią", tymczasem właśnie bezkrytyczna afirmacja tych środków bez oglądania się na ryzyko związane z ich stosowaniem jest klasycznym przykładem kierowania się nie wiedzą medyczną, lecz właśnie ideologią.
Podczas wspomnianej konferencji trudno było nie oprzeć się wrażeniu, że prezentacja badań firmy Bayer Schering dotyczących prokreacji była tylko pretekstem do prezentacji i reklamy wkładki antykoncepcyjnej, której podano tylko zalety i wygodę jej stosowania. Czy mógłby Pan Profesor przybliżyć działanie tego środka?
- Wkładka antykoncepcyjna to kawałek plastiku w kształcie litery T, owiniętego miedzianym albo srebrnym drucikiem. Umieszcza się ją w macicy. Czasami ten drucik zawiera jeszcze hormon, progestagen, który uwalniając się stopniowo, powoduje, że błona śluzowa macicy ma tendencję do zmniejszania swojej grubości i wreszcie do zaniku.
Środek ten ma w naszym kraju handlową nazwę Mirena. Jest zalecany przez producenta dla kobiet, które nie planują obecnie macierzyństwa i mają ponadto obfite krwawienia miesięczne. Po jego zastosowaniu miesiączki rzeczywiście stają się bardziej skąpe. Nie dochodzi do przerostu błony śluzowej macicy. Wkładka oprócz typowego dla wszystkich środków wewnątrzmacicznych przeciwdziałania zagnieżdżeniu się zarodka, czyli wczesnoporonnego, powodującego śmierć zarodka i oprócz działania rzeczywiście antykoncepcyjnego zmniejsza upływ krwi podczas miesiączki.
Jednak trudno polecać wkładkę hormonalną jako środek leczniczy?
- Jeśli kobieta pozwala sobie zakładać do macicy na kilka lat kawałek plastiku owinięty drucikiem, to jest oczywiste, że poza wczesnoporonnym, akceptuje jego działania uboczne. Dochodzimy do jakiegoś absurdu. Wyobraźmy sobie, że ktoś, kto ma zbyt duży apetyt, chcąc ten apetyt zmniejszyć, każe sobie na kilka lat do żołądka włożyć, np. piłkę plastikową. Na pewno schudnie, ale przecież nie przysłuży się to do poprawy jego zdrowia, a wręcz przeciwnie. Tymczasem stosując ową wkładkę hormonalną, także bardzo brutalnie traktujemy narząd rodny kobiety, tak bardzo delikatny mechanizm, wrażliwy na działanie wszelkich niekorzystnych bodźców - stworzony przecież do wielkiego, można powiedzieć cudownego zadania, jakim jest macierzyństwo.
Absurdem jest więc też twierdzenie, że bezkarnie, bezobjawowo ową wkładkę hormonalną można stosować już w szóstym tygodniu po porodzie?
- Cóż, niektórzy nawet natychmiast po porodzie polecają wkładkę. Takie eksperymenty były już przeprowadzane na kobietach afrykańskich... Na szczęście światłe przedstawicielki tych kobiet zaprotestowały przeciwko wykorzystywaniu ich jako żywy materiał służący do eksperymentów medycznych. Założenie wkładki w czasie połogu do macicy, której błona śluzowa jest cienka, nie złuszcza się co miesiąc, a pozbawiona bodźców hormonalnych, które warunkują jej odżywianie i ukrwienie, jest bardziej wrażliwa na szkodliwe działanie ciała obcego, sprzyja zakażeniom, nieprawidłowym krwawieniom, prowadzi do następstw, które mogą przyczyniać do zamierzonej czasowej, ale też nieplanowanej trwałej niepłodności.
Można sobie wyobrazić, że jeżeli komuś zależy na zmniejszeniu populacji w krajach masowo rozwijających się ze względu, np., na "globalne ocieplenie". W tych samych krajach, gdzie opieka medyczna jest niewystarczająca, a kontakt z lekarzem sporadyczny, ktoś propagujący najczęściej wyimaginowaną tezę o przeludnieniu może promować zakładanie wkładek wewnątrzmacicznych po porodzie, by "ulżyć doli kobiet". Jednak kobiety afrykańskie i całe rodziny na tym kontynencie traktują dzieci jak prawdziwe dobro i skarb. Nie sądzę, by jakaś Europejka zgodziła się na takie postępowanie. Niektórzy zalecają stosowanie hormonalnych zastrzyków antykoncepcyjnych zaraz po porodzie. Hamują one miesiączkę na dłuższy czas, promowane są w Polsce i innych krajach rozwiniętych.
Znów powołam się na wypowiedź dr. Południewskiego, który twierdzi, iż wkładkę antykoncepcyjną można stosować przez 3-5 lat, w zasadzie bez większych konsekwencji dla zdrowia...
- Kobieta, która będzie nosiła taką wkładkę przez nawet 20 lat, pewnie też przeżyje. Nie zostało to udowodnione w sposób przekonujący, że 5 lat jest bezpieczniejsze niż 7 czy 8 lat. Zdrowy rozsądek podpowiada, że ciało obce w organizmie ludzkim po prostu szkodzi. Są też dowody kliniczne - występują obfitsze krwawienia miesiączkowe, powodujące niedokrwistość, skurcze i bóle w dole brzucha, może dojść do zakażenia w momencie zakładania wkładki czy też później. Zakażenia mogą dotyczyć samej macicy, jajowodów, co w dalszej perspektywie może zagrażać płodności.
Jednak zdaniem dr. Południewskiego główną przyczyną niepłodności kobiet jest nieprawidłowa dieta, brak witamin z grupy B, nie zaś stosowanie antykoncepcji.
- Gdyby tak było, w Afryce, gdzie głód, niedożywienie są dość powszechne, przyrost naturalny byłby bardzo niski, a przecież wiemy, że tak nie jest.
Bardzo istotnym czynnikiem, prowadzącym do zaburzeń płodności jest to, że kobiety odkładają poczęcie dziecka na późne lata życia. Inną przyczyną, dotyczącą częściej młodszych kobiet, są choroby przenoszone drogą płciową. Pan doktor ma tutaj trochę racji, kiedy mówi o znaczeniu prawidłowej diety dla płodności, o czym wspomina też naprotechnologia.
Inna teza wspominanego lekarza głosząca, iż stosowanie wkładki hormonalnej nie ma wpływu na laktację wydaje się kolejnym absurdem.
- Stosowanie wkładki hormonalnej może wpłynąć na laktację. Po podaniu środków hormonalnych - progestagenów, kobiecie karmiącej piersią hormon, który dostaje się do krwi z mlekiem matki przechodzi do organizmu dziecka. W Szwecji wykonano badania, które dowodziły, iż antykoncepcja hormonalna stosowana w okresie karmienia piersią nie wpływa niekorzystnie na rozwój dziecka. Moim zdaniem, siła dowodów, które mówią, że tabletka antykoncepcyjna stosowana w okresie połogu nie wpływa niekorzystnie na rozwój dziecka, jest za słaba. By to udowodnić, potrzebne byłoby badanie doświadczalne na ogromniej liczbie matek, u których losowo podczas połogu zastosowano by wkładki hormonalne i nie stosowano by ich. Ze względów etycznych przeprowadzenie takich badań nie jest możliwe. Dzieci, które w okresie karmienia piersią były pod wpływem tych hormonów, kiedyś osiągną wiek dojrzałości płciowej i nie wiemy, jak będzie wyglądała ich płodność, kiedy dojdzie u nich do menopauzy. Za mało jest jeszcze danych, aby stwierdzić z całą pewnością, że antykoncepcja hormonalna stosowana przez matkę podczas karmienia piersią nie ma i nie będzie miała znaczenia dla zdrowia dziecka.
Podczas stosowania środków hormonalnych może również dojść do poczęcia dziecka. W jaki sposób te środki mogą wpłynąć na rozwijające się życie?
- Hormony, które znajdują się w tabletce antykoncepcyjnej, stosowane we wczesnym okresie życia człowieka z pewnością mogą mieć negatywne konsekwencje w jego rozwoju. Są to przecież niemałe dawki hormonów, które w okresie formowania się narządów przyczyniają się do nieprawidłowości rozwojowych. Jeżeli zajdzie w ciążę kobieta mająca w macicy wkładkę antykoncepcyjną zawierającą hormon, ryzyko poronienia jest duże.
Kiedyś, aby podtrzymać ciążę, w sytuacji zagrożenia poronieniem, w dużych dawkach stosowano w USA estrogeny. Później okazało się, iż to spowodowało rozwój raka nerki i nowotworów pochwy u ich dzieci.
Jednym z działań wkładki hormonalnej jest hamownie menstruacji. Propagatorzy tego środka zachwalają, iż jest to jedno z bardzo pozytywnych oddziaływań.
- Bardzo różne jest podejście kobiet do menstruacji. Jedne bardzo chcą mieć miesiączki, gdy z jakiś powodów ich nie mają, a inne cierpią z tego powodu, że miesiączkują. Trudno byłoby przyjąć, że brak miesiączki, która przecież jest u młodej kobiety objawem zdrowia, nie ma większego znaczenia. Hormon, który uwalnia się w takcie działania wkładki, powoduje atrofię - błona śluzowa macicy staje się bardzo cienka i stopniowo zanika. Taka cienka błona jest też bardziej narażona na mechaniczne uszkodzenie przez tę wkładkę, staje się bardziej podatna na zakażenia. Jeśli kobieta ma cykliczne krwawienia, jeśli ta błona wyściełająca od wewnątrz macicę co miesiąc się złuszcza, chroni to w pewnym stopniu przed następstwami obecności obcego ciała w macicy.
Firmy produkujące środki antykoncepcyjne jako pewną reklamę podają, iż planując rodzinę, należy wręcz stosować antykoncepcję. W tym kontekście mówią o odpowiedzialnym rodzicielstwie, odpowiedzialnym macierzyństwie. Czy po odstawieniu antykoncepcji tak szybko wraca płodność?
- Tutaj kumuluje się wpływ dwóch czynników, których działanie trudno jest od siebie oddzielić. Z jednej strony jest to oddziaływanie hormonów zawartych w środku antykoncepcyjnym, a z drugiej strony upływającego czasu. Jeśli kobieta kilka lat stosuje środki hormonalne ma problemy z poczęciem dziecka. Nie można włączać i wyłączać bez niekorzystnych następstw tak bardzo delikatnego i wrażliwego mechanizmu fizjologicznego, od którego zależy płodność u kobiet.
Gdy mamy unieruchomioną przez dłuższy czas np. rękę, wiemy, że potem ona źle pracuje, trzeba ją długo ćwiczyć, zanim dojdzie do poprzedniego stanu. Narząd wyłączony z użytku, w sposób sztuczny zahamowany mechanizm fizjologiczny z trudem powraca do stanu wyjściowego lub nie dzieje się tak wcale. Tak więc u kobiety, która miała w przeszłości np. zaburzenia menstruacyjne, skąpe miesiączki, zastosowanie hormonalnych środków antykoncepcyjnych, które dodatkowo hamują jej osłabiony hormonalny układ podwzgórzowo-przysadkowo-jajnikowy, może doprowadzić do pogłębienia się istniejących przedtem problemów.
Myślę, że kobiety, które początkowo decydują się na stosowanie antykoncepcji, dowiadując się o jej szkodliwym działaniu - nie chciałyby jej stosować.
- Obowiązkiem lekarza, nawet gdy nie jest o to pytany, jest powiedzieć pacjentce o mechanizmach działania środków antykoncepcyjnych, o tym na przykład, że tabletka "dzień po", czy RU-486, wkładka wewnątrzmaciczna, pigułka hormonalna dwuskładnikowa czy jednoskładnikowa utrudniają również zagnieżdżenie się zarodka w macicy, przyczyniając się do jego śmierci, wywołują bardzo wczesne poronienie.
Naturalne metody rozpoznawania płodności otwierają zupełnie inną perspektywę patrzenia na płodność. Świetnie sprawdzają się też w medycynie...
- Większość kobiet, po zdobyciu odpowiednich informacji, jeśli poczytają w odpowiednich publikacjach, czy np. w internecie, naprawdę może w sposób dość prosty monitorować u siebie cykliczne zmiany płodności. Swego czasu byłem bardzo zaskoczony moimi dwiema pacjentkami, które poprzez kontrolowanie szyjki macicy potrafiły bezbłędnie rozpoznać u siebie okres płodności.
Należałoby namawiać młode dziewczyny, by zainteresowały się, jak funkcjonuje ich organizm, co oznacza miesiączka, dlaczego w pewne dni czują się świetnie, są pełne energii, a w inne dni czują się gorzej, zachowują się inaczej, są bardziej nerwowe, drażliwe. Odkrywanie mechanizmu funkcjonowania swego organizmu, to zdobywanie pożytecznej, a wręcz fascynującej wiedzy o sobie samej.
Metody naturalne stanowią też podstawę rozwijającej się dziedziny, jaką jest naprotechnologia, która świetnie się sprawdza w diagnozie i leczeniu wielu schorzeń ginekologicznych.
- Na pewno wielu parom można skutecznie pomóc dzięki tej metodzie postępowania. Nie można jej jednak przeceniać, że stanie się ona skutecznym środkiem dla każdego małżeństwa. Jej podstawy zostały przedstawione w wydanym w Stanach Zjednoczonych obszernym podręczniku medycznym, w recenzowanych międzynarodowych medycznych pismach pojawiają się artykuły na temat tej metody. Na pewno można powiedzieć, że jest to ona obiecująca. Opiera się na najnowszej wiedzy i technologii w zakresie badania i leczenia hormonalnego, operacyjnego. Bazuje na naturalnym cyklu miesięcznym. Duże znaczenie przykłada się do relacji lekarz - pacjentka. Diagnoza, jak i leczenie trwają przez pewien czas, kładzie się duży nacisk na zaufanie, na zmniejszenie stresu pacjentki. Uważam, że to podejście, jak i cała diagnostyka i leczenie mają przed sobą przyszłość, jest to skuteczne i - co ważne - nie ma objawów ubocznych.
Dla wielu naszych pacjentów jest bardzo istotne, iż nie sięga po takie metody jak sztuczna prokreacja. Na razie mamy w Polsce kilku wyszkolonych lekarzy naprotechnologów. Jak na skalę ogromnych potrzeb, dostępność usług w tym zakresie jest jednak jeszcze bardzo niewielka.
W Pańskim szpitalu wykorzystuje się tę metodę?
- Tak. Dysponujemy odpowiednią aparaturą medyczną do diagnostyki i leczenia. Laser bardzo dobrze sprawdza się przy leczeniu endometriozy. Jednak konieczność stosowania przy niektórych operacjach środków przeciwdziałających zrostom bardzo zwiększa koszty. Ponieważ zgodnie z zasadami wprowadzonymi przez NFZ w szpitalu publicznym pacjent nie może być współpłatnikiem, niektórych technik operacyjnych nie możemy wprowadzać. Szkoda, bo mamy świetny zespół lekarzy wyszkolonych w Irlandii i Stanach Zjednoczonych.
W Polsce jest już sporo wykwalifikowanych instruktorów modelu Creightona i kilku lekarzy naprotechnologów. Do naszego szpitala (im. Świętej Rodziny w Warszawie przy ul. Madalińskiego) przysyłane są pacjentki z całej Polski, ale przede wszystkim z ośrodków: lubelskiego (Instytut im. Jana Pawła II), białostockiego (NaProMedica) i warszawskiego.
Czy w ginekologii są prowadzone jakieś inne badania, które mają tak obiecujące wyniki w leczeniu niepłodności jak naprotechnologia?
- W tej chwili rozwijają się in vitro i inne techniki tzw. wspomaganego rozrodu, które bardzo zdominowały rynek medyczny. Coraz mniej jest lekarzy wykonujących operacje plastyczne jajowodów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś z góry ustalił, iż najlepszą, jedyną, najtańszą metodą poradzenia sobie z problemem niepłodności jest sztuczny rozród. In vitro tak zdominowało świadomość lekarzy ginekologów, że przestali w ogóle myśleć o prawdziwym leczeniu niepłodności. Jest to bardzo dziwne i smutne! W podręcznikach medycznych wydawanych za granicą, w rozdziałach o niepłodności ciągle pisze się o leczeniu niepłodności i odrębnie o in vitro, jako o dwóch osobnych metodach pomocy medycznej w niepłodności. Tymczasem u nas, w Polsce, z metod chirurgicznego leczenia niepłodności prawie się nie korzysta.
Rozpoczęliśmy naszą rozmowę od antykoncepcji, a doszliśmy do in vitro. Wydaje się, że zarówno jedna, jak i druga metoda mają takie samo podłoże etyczne i niszczą człowieka na wielu płaszczyznach.
- Antykoncepcja zakłada współżycie bez poczęcia dziecka, a in vitro zakłada poczęcie dziecka bez współżycia płciowego. Często jedno i drugie dotyczy tej samej kobiety. Nierzadko ludzie bezrefleksyjnie podchodzą do problemu własnej płodności i do przyszłości swojej rodziny, odkładając moment poczęcia na późniejsze lata, a potem nagle, często po poronieniu samoistnym czy np. ciąży u koleżanki, zmieniają swój punkt widzenia. I nagle pragną jak najszybciej mieć dziecko. A organizm kobiety źle toleruje i jedno, i drugie zachowanie. Trzeba by więcej pokory wobec zamysłu Bożego, wobec fizjologii kobiety, mówiąc językiem medycznym.
A z kolei my, lekarze, powinniśmy dostrzegać, że wśród naszych pacjentów są tacy, którzy nie aprobują metod sztucznego rozrodu, i chociażby ten fakt powinien wystarczyć jako jedyny argument popierający upowszechnienie metod autentycznego leczenia niepłodności, w tym zastosowanie naprotechnologii.
Co możemy zrobić dziś? Na co należałoby zwrócić uwagę tych, którzy chcą mieć szczęśliwe rodziny, urodzić zdrowe dzieci?
- Po pierwsze, trzeba kobietom mówić, że nie można bezkarnie włączać i wyłączać płodności i odkładać poczęcia dziecka na późne lata. Po 15 latach małżeństwa, w 40. roku życia zajście w ciążę i donoszenie zdrowego dziecka może nie być sprawą banalnie prostą. Brnięcie w antykoncepcję nie jest dobrym rozwiązaniem. Czasami dobrze jest korzystać z doświadczeń innych, również z podręczników medycznych. Nie wszytko musimy przećwiczyć na sobie. Od dojrzałych ludzi można by oczekiwać trochę więcej rozsądku w podejmowanych decyzjach. Niektórzy traktują stosowanie antykoncepcji jako przygotowanie do ciąży. To absurd. Mamy takie czasy, które promują pewien styl perfekcjonizmu - poukładania wszystkiego, zaplanowania co do najmniejszych szczegółów. Takie planowanie w sferze prokreacji może okazać się zgubne w skutkach. Postawą właściwszą byłaby pokora wobec natury, wobec życia, własnej płodności, jej możliwości, jak i ograniczeń - żyć w zgodzie z naturą, a niekoniecznie nią sterować. Naturalne rozpoznawanie płodności zakłada współdziałanie z naturą, antykoncepcja - nie, i dlatego nie przyczynia się do dobrego zdrowia kobiety.
Młodej kobiecie, młodemu mężczyźnie należałoby przekazać jak najwięcej wiedzy - a przede wszystkim szacunek do własnego ciała, do drugiego człowieka, pokazać płodność jako dar.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Nasz Dziennik
|