|
- Zarówno komisja, jak i prokuratura nie posiada w dyspozycji żadnych dowodów bezpośrednich katastrofy. - Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Anna Ambroziak.
Sypią się główne tezy MAK i komisji Jerzego Millera. Minister powinien liczyć się z jakimiś konsekwencjami własnych zaniechań czy wręcz matactw?
- Aby ocenić plon pracy tej komisji, chciałbym przede wszystkim wrócić do jej powstania. Wskazać należy, że ta komisja nigdy nie wykazała się mandatem do tego, żeby w ogóle procedować. Podstawą jej działania mógłby być art. 140 ustawy Prawo lotnicze oraz wydany na jego podstawie paragraf 6 ust. 2 rozporządzenia ministra obrony narodowej w sprawie organizacji Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego z 2004 roku. Z tych przepisów ewidentnie wynika, że do badania incydentu statku lotnictwa państwowego, jakim był Tu-154M, poza granicami kraju, w przypadku braku umowy międzynarodowej, a takiej z Rosją nie mamy, w działaniu komisji niezbędne jest umocowanie ze strony rosyjskiej. Mimo wielu wniosków komisja takiego umocowania nie okazała.
Minister obrony narodowej Bogdan Klich mówił kiedyś, iż podstawą bytu komisji Millera miało być porozumienie z 14 grudnia 1993 roku dotyczące badania incydentów lotniczych w lotnictwie wojskowym.
- To nieprawda. Z art. 11 tego dokumentu wynika, że wyjaśnianie katastrof będzie prowadzone wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie. Na podstawie tego porozumienia w ciągu pierwszych trzech dni po katastrofie działali razem z prokuratorami rosyjskimi polscy prokuratorzy, którzy udali się do Smoleńska. Potem jednak porządek prawny badania katastrofy został z niekorzyścią dla Polski zmieniony. Porozumienie z 1993 r. nigdy nie przewidywało uprawnień do powołania polskiej komisji. To nie porozumienie z 1993 r., ale właśnie dwa wcześniej wspomniane akty prawne, konkretnie art. 140 prawa lotniczego i paragraf 6 wydanego na jego podstawie rozporządzenia, regulują powstanie Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Przepisy jasno stanowią, że lot polskiego statku państwowego, który zakończył się katastrofą na terenie państwa obcego, może być badany przez polską komisję pod jednym z trzech warunków: po pierwsze - musiałyby przewidywać to umowy międzynarodowe, których z Rosją nie mamy; po drugie - aby państwo, na terenie którego zdarzył się incydent, nie podjęło badania - a to przecież nie miało miejsca; i wreszcie warunek trzeci, jedyny potencjalnie możliwy do spełnienia w sytuacji badania katastrofy smoleńskiej, by strona polska uzyskała przekazanie od Rosjan uprawnień do przeprowadzenie badania. Na jednym z posiedzeń zespołu smoleńskiego w maju ubiegłego roku, a więc jeszcze przed publikacją raportu, zapytałem pana prof. Marka Żylicza, członka KBWLLP o to, czy komisja takie umocowanie posiada. Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi, nie okazano nam żadnego dokumentu. W przypadku braku spełnienia jednego z trzech wskazanych wyżej warunków komisja działała bezprawnie.
Działała w sposób nielegalny?
- Tak. W związku z tym plon pracy komisji działającej bez umocowania prawnego nie ma żadnej wartości prawnej.
Jak oceni Pan metodologię pracy komisji Millera?
- Zarówno komisja, jak i prokuratura badająca katastrofę nie ma lub ma bardzo ograniczony dostęp do dowodów. Nie posiada w dyspozycji żadnych dowodów bezpośrednich katastrofy. Szkodliwy pomysł przyjęcia załącznika 13 do konwencji chicagowskiej skazał Polskę na dyktat i dozowanie informacji przez Rosjan i pana płk. Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym. W świetle ujawnionych nagrań, rozmów płk. Klicha z ministrem obrony narodowej ujawniają się żenujące wprost nieprawidłowości w działaniach polskiego akredytowanego przy MAK. Chciałbym tu przypomnieć, że już w lecie 2010 r. postulowałem przesłuchanie pana Klicha, aby zakończyć wreszcie "jednoosobowy sąd kapturowy nad polskimi pilotami". Aby zweryfikować szkalujące polskich oficerów i generałów rewelacje, które płk Klich przekazywał opinii publicznej. Komisja Millera na samym początku miała taką samą wiedzę na temat katastrofy co opinia publiczna, która wiedzę zdobywała od polskiego akredytowanego przy MAK. Metodologia działania komisji Millera była niepoprawna.
Występował Pan formalnie do komisji o informacje dotyczące jej umocowania?
- Nie, ponieważ dla komisji nie byłem stroną postępowania. Ale wspólnie z mec. Rafałem Rogalskim, jako pełnomocnicy pana premiera Jarosława Kaczyńskiego pytaliśmy o to ministra Bogdana Klicha. Otrzymaliśmy odpowiedź, że podstawą prawną działania komisji jest owo porozumienie z 1993 roku. Co oczywiście jest nieprawdą. Nie było wspólnego działania naszej komisji ze stroną rosyjską - pod raportem komisji nie ma ani jednego podpisu strony rosyjskiej!
Wróćmy do metodologii działań komisji. W maju ubiegłego roku na tym samym posiedzeniu zespołu smoleńskiego, o którym Pan wspomniał, prof. Żylicz informował, że prace komisji są już na ukończeniu.
- Tak. Profesor Żylicz mówił też, że komisja praktycznie ma już wszystkie dowody. Zapytałem wówczas, czy komisja ma opinie co do wiarygodności zapisu czarnych skrzynek, czy posiada same rejestratory, czy były przeprowadzone oględziny miejsca zdarzenia, ciał ofiar katastrofy, wraku samolotu. Oczywiście odpowiedzi były przeczące. Komisja nie miała w posiadaniu żadnych kluczowych dowodów, a zmierzała do wydania raportu końcowego. Dlatego ten raport metodologicznie się nie broni. Bez kluczowych dowodów nie należało wydawać żadnych ocen. Powstałe w tak ułomny sposób tezy raportu są zawsze możliwe do podważenia, ośmieszenia na arenie międzynarodowej. Rosjanie mogą zarzucić stronie polskiej, że jej raport nie opiera się na bezpośrednio zbadanym pełnym materiale dowodowym. Mając w dyspozycji dowody rzeczowe, mogą też ujawniać wciąż nowe okoliczności jako ewentualne kontratezy dla polskich ustaleń.
Członkowie komisji podnoszą teraz wątek presji ze strony rządu i mediów.
- Nie zamierzam tu być bynajmniej adwokatem dziennikarzy, ale moim zdaniem, z tej strony żadnej presji nie było. Także ze strony mojego klienta nigdy nie było takich nacisków. Zawsze była mowa o tym, by badania były przeprowadzone rzetelnie i odpowiedzialnie, w taki sposób, by nikogo bezpodstawnie nie oskarżać, nie ranić. Prawdą jest natomiast, że była presja rządu. Polski rząd i minister Miller jako jego ówczesny członek wykazywał tu pośpiech, po tym jak został kompromitująco potraktowany przez MAK. Pośpiech ten należy utożsamiać z tym, że po publikacji raportu MAK doszło do międzynarodowego skandalu. Raport wypaczał w sposób ewidentny stan faktyczny, dodatkowo na arenie międzynarodowej zamknął stronie polskiej możliwość jakiejkolwiek korekty tych ustaleń. To raport obarczający stronę polską całkowitą odpowiedzialnością za katastrofę, o którym Rosjanie mówią, że był współtworzony przez Polaków, czyli przez akredytowanego Edmunda Klicha. Pośpiech komisji nie wynikał z nacisków mediów, a tym bardziej z nacisków rodzin. Jedynie z chęci wykonania jakiegokolwiek ruchu, który przypudrowywałby kompromitację tego rządu w badaniu katastrofy smoleńskiej.
Można mówić o członkach komisji jako funkcjonariuszach publicznych?
- Członkowie administracji rządowej są funkcjonariuszami publicznymi.
Można byłoby więc mówić o ewentualnym przestępstwie, naruszeniu art. 231 kodeksu karnego, który penalizuje działania urzędników publicznych?
- Jeżeli mowa o przestępstwie urzędniczym, to raczej poprzez fakt uzurpowania sobie prawa do działania. A nie przez samo błędne działanie. Jeżeli ktoś działa źle, to ocenie prawno-karnej podlega jego działanie. Natomiast jeśli ktoś działa bez umocowania prawnego, tzn. że uzurpuje sobie do tego prawo i też podlega represji karnej.
Można mówić, że legenda ministra Jerzego Millera jako sprawnego urzędnika państwowego, bo taki image przypisywano mu niejednokrotnie, rozpadła się w pył?
- Jest szereg istotnych okoliczności w działaniu zarówno pana ministra Millera, jak i pana premiera Tuska i członków jego rządu, które wymagają wyjaśnienia. Począwszy od wyboru porządku prawnego badania katastrofy po zawieranie umów ze stroną rosyjską zobowiązujących nas do pozostawienie wraku i czarnych skrzynek na terenie Federacji Rosyjskiej do zakończenia tamtejszego postępowania sądowego. Bezwzględnie wyjaśnienia wymaga zaniechanie przeprowadzenia w Polsce oględzin i sekcji zwłok ofiar katastrofy. Krótko mówiąc - wyjaśnić trzeba przyczyny godzenia się przez państwo polskie na liczne ograniczenia dowodowe w badaniu katastrofy. Można byłoby się tu pewnie zastanowić nad kwestią odpowiedzialności konstytucyjnej i prawnej tych osób. Nie chciałbym teraz, na tym etapie, formułować kategorycznych tez. Takie zachowanie należy jednak nazwać brakiem odpowiedzialności za państwo i jego obywateli. Urzędnicy państwa polskiego nie tylko nie przyznają się do popełnionych ewidentnych błędów, publicznie umniejszając ich znaczenie, ale także wbrew polskiej racji stanu nie chcą lub nie potrafią bronić honoru i czci poległych w katastrofie. Mam na myśli aroganckie insynuacje pod adresem pilotów samolotu Tu-154M, gen. Andrzeja Błasika i pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Marginalizowanie tych błędów, dalsze utrzymanie opinii publicznej w przekonaniu o własnej nieomylności przywodzi na myśl reguły daleko odbiegające od europejskiej demokracji, właściwe raczej wypaczeniom spotykanym w systemach totalitarnych. W toku nieudolnego, bez właściwego dla tej sprawy szacunku i zaangażowania, badania przyczyn katastrofy skrzywdzono wiele osób. Naruszono dobre imię zasłużonych Polaków. Należałoby teraz zachować się przyzwoicie, powiedzieć: "Przepraszam, popełniłem błąd". Skorygować błędy lub umożliwić innym ich poprawienie.
Jak Pan ocenia fakt, że żaden członek komisji nie chce się teraz przyznać do atrybucji głosu gen. Błasika - sam Miller mówił niedawno, że identyfikacji dokonali członkowie Komisji, a nie Centralne Laboratorium Kryminalistyczne.
- Pozostawiam tę sytuację do oceny Czytelników. Jakikolwiek komentarz wydaje się tutaj zbędny.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Nasz Dziennik
|