|
Pierwsza część długiej rozmowy portalu RodzinaKatolicka.pl ze Sławomirem N. Goworzyckim, autorem powieści „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków”, luty 2012.
Zacznijmy bardzo konwencjonalnie, a więc... skąd pomysł na książkę, zwłaszcza w formie powieści historycznej? Co Pana zainspirowało?
– Pragnąłem oddać sprawiedliwość tamtym ludziom – tak sam przed sobą wyjaśniam zasadniczą inspirację do napisania „Tamtego lata…”. Żyliśmy przecież i w pewnym wymiarze nadal żyjemy w epoce „białych plam w historii”. Zarazem pewne sprawy się w nas gromadzą, niepostrzeżenie, przez długie lata, by w pewnym czasie zaowocować w postaci pomysłu, o jaki Państwo pytacie.
Wiele by o tym mówić; posłużę się tu jedynie kilkoma wspomnieniami z dalszej i bliższej przeszłości. Oto przełom dekady lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, Zaduszki w Warszawie, tłumy ludzi na cmentarzach. Małe dziecko, jakim wtedy byłem, przechodzi pomiędzy szeregami żołnierskich krzyży, a na żadnym z tych krzyży, na żadnej mogile w rozległej kwaterze z lat 1917-1920 na Wojskowych Powązkach nie ma tabliczki – oto tysiące bezimiennych mogił (na początku lat dziewięćdziesiątych tabliczki wszakże przywrócono). Inne mogiły, w innych kwaterach, są zaopatrzone w podstawowe, a często przecież poszerzone dane o osobach, jakie w nich spoczywają – imię i nazwisko, lata życia... A tutaj nic! Po przeciwnej stronie tego cmentarza znajdowała się owa „Łączka”, o której dorośli mówili półgłosem – że tam się znajdują potajemne pochówki ofiar UB z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Tam stało kilka krzyżyków zbitych z gałęzi i wetkniętych wprost w ziemię, nawet bez zarysu jakiegoś grobu (obecnie miejsce to pozostaje stosownie upamiętnione).
Jak to więc jest? Jedni mają groby, inni spoczywają w mogiłach koniecznie bezimiennych, bo komuś na tym zależy, a jeszcze inni nie mają ich w ogóle. Zapytywani o to dorośli odpowiadali, o czym wiedzieli. Lecz już wobec ich pokolenia całe połacie prawdy o naszym XX wieku były bardzo intensywnie ukrywane. Jednakże ów przekaz domowy zawierał elementarne informacje – kto, gdzie, kiedy, w jakim celu, przeciwko komu, z jakim skutkiem…? Musiało się wszakże zdarzyć w tym odległym roku 1920 coś wielkiego – bo tysiące poległych żołnierzy, bo ofiara życia przez nich złożona została przez kogoś skazana na zapomnienie, bo tak było nadal pomimo upływu długich dziesięcioleci... Rok za rokiem ktoś zamieszczał na powązkowskim pomniku z roku 1920 kartkę z oryginalnym przedwojennym napisem; bo przecież napisy, jakie jeszcze zostały, poprzekuwano, pozmieniano ich treść. Poeta powiedział, myśląc o innym, w zamiarach złoczyńców całkowicie już zatajonym cmentarzysku z pierwszej połowy XX wieku: „Potężny głos zamilkłych chórów…”. Ta fraza dobrze oddaje owo wrażenie, jakie było moim udziałem tam i wtedy, na warszawskich Powązkach, jeszcze jako dziecka.
Rok 1990. Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie urządza wystawę z okazji siedemdziesiątej rocznicy Cudu nad Wisłą (mówi się też „bitwa warszawska”, ale jest to pojęcie zbyt wąskie). Eksponatów okazuje się być, ku zaskoczeniu zwiedzających, całkiem sporo; chociaż jeszcze przed rokiem-dwoma i przez minione dziesięciolecia ta tematyka stanowiła wielką lukę z muzealnej ekspozycji. Typowy widok – młody tatuś z kilku-, kilkunastoletnim potomstwem, zwykle z synkiem, zwiedzają muzeum. Takich rodzinnych grupek jest wokoło wiele... i cisza. Zwykle w muzeach bywa tak, że dzieci zadają pytania, a tatusiowie ze znawstwem (mniej lub bardziej rzeczywistym) udzielają odpowiedzi. Lecz co począć, skoro owi trzydziesto-, czterdziestoletni wówczas mężczyźni, Polacy, nie wiedzieli co odpowiadać swoim dzieciom, skoro sami nie mieli skąd nabyć wiedzy, gdyż tę wiedzę przed nimi starannie do niedawna zatajano. Przecież na kanwie wydarzeń wojny z bolszewikami nikt nie kręcił popularnych seriali w stylu „Kapitana Klossa”, czy „Czterech pancernych”. Pozostawało więc oglądanie eksponatów i milczące lub półgłośne odczytywanie podpisów pod nimi zamieszczonych – wszak po to jest ta wystawa. Chwała tym wszystkim, dzięki którym te i wszelakie inne eksponaty zachowane zostały dla potomności!
Ktoś z rodziny wziął udział w jednodniowej wycieczce PTTK w okolice Modlina, a było to już w latach dziewięćdziesiątych; wtedy jeszcze organizowano takie otwarte wycieczki dla chętnych. Jak jest obecnie – nie wiem. Na trasie wędrówki znalazł się Cmentarz Forteczny w Modlinie, dopiero co uporządkowany i w części odrestaurowany. I pomyśleć, że czasem opodal w poprzednich latach przejeżdżaliśmy, widząc w oddali zwartą ścianę starodrzewu z gęstym podszyciem! Co to znaczy: wiedza! Tak docieramy do Piątej Armii Sikorskiego, do bitwy nad Wkrą i spraw z nią związanych.
W owych latach dziewięćdziesiątych prace współczesnych już polskich historyków na interesujący nas tutaj temat zaczęły się pojawiać w księgarniach. Według wynalezionych w nich wskazówek odbyłem kilka wycieczek nad Wkrę, i dalej. Tamten obszar wraz z wydarzeniami z roku 1920 i wraz z epoką, jaka się u początków XX wieku kończyła, jawił mi się jako nowożytna zatopiona Atlantyda; bo przecież w mediach owych lat dziewięćdziesiątych słyszało się, i to dość często, że to „Naczelnik Piłsudski śmiałym manewrem znad Wieprza” sam załatwił całą sprawę. Reszta w owym popularnym przekazie nie istniała. Owszem, każdy słyszał o osobie i o żołnierskiej śmierci księdza Ignacego Skorupki; ale to stało się blisko Warszawy. Z kierunku Lubelszczyzny nacierały więc inne nasze świetne dywizje, jednakże rzeka Wieprz płynie daleko na południowy-wschód od Warszawy, a my tutaj oddalamy się w kierunku zasadniczo przeciwnym, czyli na północ od tegoż miasta. Coś się nie zgadza. Gdy pojąłem, że jakkolwiek wojska idące znad Wieprza miały przed sobą znacznie słabsze siły bolszewickie (dobrze! według planu gen. Rozwadowskiego tak właśnie miało być!), pod Warszawą był stosunek sił 1:1, ale tu na północy 3:1 na korzyść sowietów, lecz wszędzie wygrali Polacy, rozmiary owej Atlantydy, i zarazem Armagedonu, wzrosły w moim przekonaniu niepomiernie.
A więc to tutaj. Ktoś powiedział: „Ojczyzna to ziemia i groby”. Zachowane, zapamiętane poprzez trzy pokolenia i ponownie lepiej lub gorzej oznaczone mogiłki, znajdujące się na prawie każdym tutejszym wiejskim cmentarzu, jak i te w gołym polu, wyznaczają szlak. Pierwotnie zamierzałem napisać przewodnik turystyczny (trzeba by sprawdzić, czy dotąd może ktoś inny go napisał). Jednak pewnego wiosennego dnia obudziłem się mając przed oczyma wyobraźni walkę o most w Borkowie nad Wkrą. Usiadłem za biurkiem i zacząłem spisywać to, co wyobraźnia mi poddawała.
Jak długo trwała praca nad książką? Skąd czerpał Pan informacje na temat historii wojny 1920 roku? Czy trudno było zdobyć niezafałszowane źródła historyczne?
– Czy autor powinien zdradzać tajemnice swego warsztatu? Może niektóre. Praca nad tekstem powieści trwała 22 miesiące „brutto”. Oznacza to, iż w tamtym okresie wykonywałem ówczesną moją pracę zawodową, a w tzw. wolnych chwilach pisałem. Pisanie szło mi całkiem wartko, z pewnością dlatego, że od lat kilku byłem już głębiej obeznany z tematem oraz z terenem, na jakim rozgrywały się przedstawiane wydarzenia. Pragnę tu z naciskiem podkreślić, że starałem się – niech to sami PT Czytelnicy oceniają – odtworzyć, tak jak umiałem, realia tamtej epoki. Trzeba zatem było niekiedy rezygnować ze skądinąd efektownych zabiegów. Skoro więc, że podam przykład, wyczytałem gdzieś, iż pułk otrzymał był piękny sztandar dopiero po powrocie z wojny, nie mogłem uraczyć PT Czytelników opisem owego łopocącego nad głowami sztandaru. Skoro z opisów i z ówczesnych, a w czytelniach dostępnych map wynikało, a wizja lokalna to potwierdzała, że tam to a tam był młyn, to pisałem o młynie. Lecz, że pewności o istnieniu tam folwarku nie uzyskałem, to o owym folwarku zmilczałem. Z mundurami także trzeba było uważać, zważywszy na niejasne niekiedy na ten temat informacje. Kto, gdzie i kiedy nosił niebieskie-hallerowskie, a kto zielone, czyli tzw. polskie khaki (a Poznańczycy mieli swoje własne mundury)? Mogło się zdarzyć, że w jednym i tym samym batalionie noszono jedne i drugie. W jednym z przedwojennych albumów znajdują się dwubarwne co prawda fotografie, na jakich uwieczniono m.in. ową pierwszą na froncie dekorację krzyżem Virtuti Militari, 7 sierpnia 1920 roku w Zabołotcach na pograniczu Galicji i Wołynia. Z samego już kroju umundurowania przedstawionych tam oficerów i żołnierzy Osiemnastej Dywizji Piechoty można wywnioskować, że było ono wówczas nader rozmaite – tzn. takie, jakie się jeszcze nie podarło i nadal nadawało się do noszenia w warunkach polowych.
Powyższe zatem przykłady obrazują, że informacje czerpałem ze źródeł nader wielorakich. Podzielmy je na zasadnicze grupy. Jedna grupa, to opracowania naukowe lub popularno-naukowe, jakie były wydawane w Polsce w ostatniej dekadzie XX wieku (i odpowiednio w latach późniejszych); wtedy zainteresowanie rokiem 1920, także w mediach, było znacznie większe, niż obecnie. Grupa druga (lecz chronologicznie pierwsza), to oczywiście opracowania przedwojenne, także treści z ówczesnych czasopism. Przecież badacze czynni w naszych czasach do tamtych się odwoływali, bo innej drogi nie ma. Trzecia grupa, to prace emigrantów po drugiej wojnie światowej, jak np. Franciszka Arciszewskiego „Cud nad Wisłą” (tę książkę trzeba wreszcie wznowić tu w Polsce!).
Na to wszystko kładą się wspomnienia i komentarze uczestników i świadków (Arciszewski też do nich należy) – wydane czy to przed drugą wojną światową, czyli „na gorąco”, czy na powojennej emigracji, czy też dopiero w ostatnich czasach w kraju. Wspomnienia takie najbliżej oddają realia i charakter epoki, wraz z językiem, jakim się wówczas porozumiewano; acz prasa z epoki także ma w tym zakresie znaczną wartość. Atoli niektórzy z owych uczestników zostali wielkimi pisarzami, sięgającymi w swojej twórczości także do własnych żołnierskich przeżyć, że wspomnę Józefa Mackiewicza, Stanisława Rembeka, czy zmarłego w młodym wieku Eugeniusza Małaczewskiego. Nie oszukujmy się jednak; wiedza o samym istnieniu tych i podobnych im autorów, i o ich dziełach, do ogromnej większości spośród nas przedostała się dopiero w latach 90. Podziękować tu trzeba wydawcom, księgarzom, dystrybutorom oraz tym, którzy łożyli środki na wydanie i dystrybucję ciekawych książek.
Natomiast do archiwaliów, zatem do materiałów niewydanych drukiem, nie sięgałem, gdyż wszystko, co mi było potrzebne, miałem dostępne w bibliotekach, z których na pierwszym miejscu należy wskazać Bibliotekę Narodową.
Pytacie Państwo o dostęp do źródeł wiedzy „niezafałszowanych”, czyli takich, jak wyżej wskazane, a zatem nie zniekształconych przez cenzurę okresu PRL. Lecz przecież w PRL dzieje roku 1920 przeznaczone były akurat nie do fałszowania (jak liczne inne segmenty historii ojczystej i powszechnej), ale do przemilczenia i ukrycia, że przypomnę owe szeregi krzyży nagrobnych bez żadnych napisów, drewniane bezimienne krzyże wetknięte w powązkowską „Łączkę”, czy rozkrzewione uroczysko na miejscu modlińskiego cmentarza.
Jeśli się zatem zdołało ustalić chronologię wydarzeń, a pomagał w tym m.in. sam Władysław Sikorski za pośrednictwem swojego dzieła zatytułowanego wymownie „Nad Wisłą i Wkrą”, więc gdy się wiedziało czego szukać, to dostęp do informacji, w Bibliotece Narodowej i gdzie indziej, był w trakcie pisania „Tamtego lata…” swobodny. Atoli już przed drugą wojną światową fałszowano dzieje 1920 roku; lecz to już inna historia. Jeszcze inna to taka, że się ciągle czegoś nowego dowiadujemy, więc że dziś może bym coś tam do „Tamtego lata…” dopisał. Lecz mnie już o to – proszę – nie pytajcie.
Na ekrany wszedł niedawno film o wojnie polsko-bolszewickiej. Czy warto pójść do kina czy sięgnąć po, nie ukrywajmy, dość obszerną książkę? Czym się ona różni od filmu?
– Może wstyd się przyznać, ale w kinie po raz ostatni byłem wiele lat temu, zatem filmu Jerzego Hoffmana jeszcze nie obejrzałem. Pytanie przez Państwa zadane niech mnie wreszcie zmobilizuje do zapoznania się z tym obrazem.
Niezależnie od tego – zawsze lepsza jest książka od filmu. To oczywiste. Jednakże Telewizja Polska co najmniej dwa razy w ciągu roku 2011 emitowała kilkunastoodcinkowy serial o wojnie roku 1920, który i ja obejrzałem. Nie chcę tu tego serialu recenzować. Ma on swoje zalety i wady. Wszelako jest to chyba pierwszy od przedwojnia polski obraz filmowy (telewizyjny) w całości poświęcony tamtej wojnie z bolszewikami, jaki dane było obejrzeć polskiej publiczności; kilka miesięcy po jego wiosennej emisji odbyła się premiera filmu Hoffmana.
Atoli, padło pytanie o różnicę pomiędzy moją książką a filmem, czyli owym serialem, bo tylko o nim mogę się wypowiadać. To oczywiste: moja książka jest lepsza od tego serialu. Nie bez powodu ubiegłoroczne wydanie „Tamtego lata…” zaopatrzone zostało w nadruk o treści „Tego nie dowiecie się z ekranu”.
A może by tak ktoś spośród reżyserów zekranizował „Tamtego lata…”? Wtedy jednak film oparty na mojej fabule byłby gorszy od książkowego pierwowzoru; jestem o tym przekonany.
Proszę mnie nie posądzać o jakąś niesmaczną pyszałkowatość. Skoro bowiem pytacie Państwo o to, ku czemu mają się zwrócić PT Czytelnicy niniejszego wywiadu, powtarzam, że ku powieści „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków”, bo warto! Filmy też przecież można obejrzeć; będzie co porównywać.
Po co dzisiejszemu czytelnikowi ta książka? Czy wiedza o wojnie 1920 roku jest nadal ważna? Czy to tylko historia czy w pewien sposób teraźniejszość?
– Zapytajcie – proszę – wprost owego Czytelnika, po co mu ta książka. Niech on odpowie. Coś się tam i wtedy, w owym 1919-1920 roku jednak nader szczególnego wydarzyło, skoro wiedza o tym była przed nami ukrywana przez połowę stulecia; nawet nie tyle zniekształcana – że powtórzę – co właśnie ukrywana, podobnie jak katyńskie mogiły, gdyż z taką samą intencją. Jakie jeszcze wydarzenie XX wieku tak usilnie starano się wytrzeć z kart historii i ze zbiorowej pamięci Polaków? Owszem, nie samą tylko wojnę 1919-1920 roku.
Problem jest jednak jeszcze głębszy, toteż słusznie wskazujecie Państwo na relację pomiędzy teraźniejszością, a przeszłością sprzed trzech pokoleń.
Zacznijmy wreszcie – do czego usilnie zachęcam – spoglądać na minione XX stulecie jako na pewną całość. Dostrzeżemy wtedy, że na przestrzeni owego wieku dokonała się u nas rewolucja, rozciągnięta w czasie, w kilku etapach, niekiedy trudno dostrzegalnych, lecz o podobnych długofalowych skutkach jak ta gwałtowna i trwająca ledwie kilka lat – rewolucja bolszewicka w Rosji. Podobnie rzecz się odbyła w innych krajach kontynentu, zwłaszcza tych bliżej Polski położonych.
Atoli ruch socjalistyczny rozwijał się we wszystkich krajach europejskich (i nie tylko europejskich) i w każdym z nich przybierał, z natury rzeczy, cechy rodzime, wynikające z miejscowych uwarunkowań. Toteż owo zwykłe i uświęcone odwiecznymi obyczajami życie ludów i narodów kontynentu było zagrożone nie tylko przez sowiecką Rosję, dążącą do tzw. eksportu rewolucji, lecz i przez rodzimych socjalistów różnych odmian. Ci ostatni, jak choćby w Polsce, czy w Niemczech – a mówiąc o tym może nieco wykraczam poza zakres zagadnień poruszonych w „Tamtego lata…” – mieli, jak nam wiadomo chociażby ze szkoły, swój własny pomysł na osiągnięcie rewolucyjnych skutków we własnym kraju, a rosyjski najazd, chociaż szczerze w imię proletariackiej rewolucji dokonywany, postrzegali jako utrudnienie, o ile nie jako wprost przeszkodę w tegoż pomysłu realizacji. Niemieccy socjaliści pokonali wszakże rodzimych komunistów, występujących otwarcie jako forpoczta rewolucji idącej ze wschodu.
Warto przypomnieć, że na przełomie roku 1918/1919 nasze dopiero co wskrzeszone państwo (wówczas na obszarze prawie całej byłej Kongresówki i Zachodniej Galicji) nazywało się Polską Republiką Ludową, miało orła bez korony, czerwoną flagę na Zamku Królewskim w Warszawie, Milicję Ludową, izolację w stosunkach międzynarodowych, wojenną nędzę, pustą kasę, drożyznę, wszczynane w mieście i na wsi krwawe zamieszki, w niektórych regionach głód i epidemie śmiertelnych chorób, nieustalone granice oraz trzy do czterech wyczerpujących wojen na tychże granicach; a działo się to wszystko w porze zimowej. Liczne spośród haseł i projektów ówczesnego socjal-ludowego rządu warszawskiego, tego z przełomu roku 1918/1919, oraz partii go popierających, zrealizowane zostały dopiero po drugiej wojnie światowej, w warunkach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tym razem już zależnej od Rosji Sowieckiej. Wynikałoby z tego, iż władze sowiecko-moskiewskie doszły na przestrzeni owego XX wieku do przekonania, że bardziej im się będzie opłacało uznać w podbitych krajach tamtejsze rodzime modele socjalizmu i rewolucji, aniżeli bezwzględnie narzucać swój rosyjski, jak próbowano to w Polsce zrobić w roku 1920 lub jeszcze na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Wiele by o tym mówić; niech jednak problem zostanie tu przynajmniej zasygnalizowany.
Akcja „Tamtego lata…” rozpoczyna się wszakże właśnie wtedy – w pierwszych miesiącach nowej polskiej niepodległości, na przełomie roku 1918/1919, w regionie należącym do bardziej w owym czasie niespokojnych.
My dziś żyjemy niejako w cieniu owego nowszego PRL-u, wypełniającego nieomal półwiecze. Tenże zaś PRL miał swoje słabe zrazu i krótko istniejące pierwociny w czasach, jakie usiłowałem przedstawić na kartach omawianej tu powieści, i miał je wcale nie tylko dlatego, że nasz kraj najechali wówczas wschodni bolszewicy. Owszem, przykład rosyjski był we wszystkich krajach zachęcający i ośmielający dla miejscowych żywiołów wywrotowych, podobnie jak na przestrzeni wieku XIX przykład francuski.
Skąd pomysł na bohaterów? Czy są całkowicie wymyśleni, czy to zbeletryzowane losy kogoś z Pańskiej rodziny albo innych autentycznych osób?
– Oto znowu pytanie sięgające do tajników warsztatu. Pochlebia mi, że Państwo kierujecie uwagę na bohaterów powieści, zatem na postacie, na ludzi. To by dowodziło, że jakoś zostały one przeze mnie ukazane. Pierwotnie bowiem owym bohaterem miało być, by tak rzec, bardziej wydarzenie, aniżeli człowiek. Lecz przecież wydarzenia nie ma bez człowieka, który w nim uczestniczy. Postacie bohaterów poznajemy z lektur, zwłaszcza tych przedwojennych. Jak już wspomniałem, celem moim pozostawało zachowanie realiów historycznych. Toteż bohaterowie musieli być tacy, by się spotkać w Piątej Armii, w bitwie nad Wkrą, wszakże Płocka nie omijając. Trzeba się więc było przyjrzeć jednostkom wojskowym uczestniczącym w owej bitwie, ich szlakom bojowym, dowiedzieć się o tym, jakiego rodzaju ludzie w nich służyli. Przedwojenne monografie poszczególnych pułków, tzw. żółte książeczki, niektóre z nich o całkiem znacznej objętości, są w tej mierze nader pomocne, lecz nie tylko one. Atoli ja na poszczególne jednostki, poniżej poziomu dywizji, starałem się z nazwy nie wskazywać, gdyż losy bohaterów mają być obrazem losów tamtego pokolenia, a zatem zbiorowości znacznie więcej aniżeli tylko pułkowej; tak to sobie w trakcie pisania wykalkulowałem.
Postacie bohaterów są zatem zbudowane z elementów różnych autentycznych i w literaturze przedstawionych biografii. W tym miejscu warto wskazać na wydany wkrótce po omawianej tu przez nas wojnie zbiór na gorąco wówczas spisanych relacji i wspomnień, zatytułowany „O uczniu żołnierzu”. Tę pozycję (i wiele innych) także warto wznowić w naszych czasach, lecz najpierw niech jakiś kandydat do tytułu magistra historii rozszyfruje dane o autorach i o jednostkach, w jakich oni służyli, gdyż je wówczas dla bezpieczeństwa tych młodych ludzi zatajono. Co ciekawe, w książce owej wyodrębnione zostały właśnie poszczególne sytuacje, w jakich dane jest się znaleźć żołnierzowi, typu: przemarsz, odwrót, natarcie, zwiady, potyczka, walna bitwa, pościg, itp.
Zatem, na co już wskazałem, to przede wszystkim wydarzenia, w jakich uczestniczą moi bohaterowie, są prawdziwe, niektóre nawet w drobnych szczegółach, lub przynajmniej wielce prawdopodobne. Że jednak nie ma beletrystyki bez wymyślania czegoś (historiografia, przeciwnie, musi być bez wymyślania), więc i sytuacje oraz osoby wymyślone także się na kartach powieści pojawiają. Nie mogę jednak zdradzić, które to.
Wielki Józef Mackiewicz, przecież powieściopisarz, a nie historyk akademicki, przypominał nam wszystkim, że „tylko prawda jest ciekawa”. Pamiętajmy o tym.
Co do przekazu rodzinnego, to poprzez drugą wojnę światową i następujące po niej dziesięciolecia PRL-u nie dotarły do mnie żadne wyraźne informacje o udziale jakichś krewnych w wojnie 1919-1920 roku, i w ogóle w tzw. wojnie polskiej, którą to nazwą obejmowano walki z okresu 1918-1921. Zatem na przekazie dotyczącym członków mojej rodziny niczego dla celów powieściowych budować nie mogłem.
cdn.
Przeczytaj również:
1920: Tego nie dowiecie się z ekranu, cz. 1
1920: Tego nie dowiecie się z ekranu, cz. 2
1920: Tego nie dowiecie się z ekranu, cz. 3
Źródło: RodzinaKatolicka.pl
Książkę można kupić tutaj.
Przedruk tekstu jest możliwy jedynie za podaniem klikalnego źródła, bez dokonywania zmian i skrótów.
|